7/2009
Billy Jean z Mokotowa
Kochamy muzykę nie tylko za to, jaka jest, ale i za to, z czym się nam kojarzy. Moja pamięć jest bardzo wrażliwa na dźwięki – wartość wspomnień, ich faktura w dużym stopniu zależy u mnie od jakości ścieżki muzycznej, którą sobie do nich dopisałam. Stanisław Drzewiecki widzi muzykę w kolorach, poszczególne tonacje obrastają w jego głowie w konkretne barwy. Kiedy gra, wyobraża też sobie obrazy, zazwyczaj w locie (lotnictwo to jego druga wielka pasja). Dźwięk – kolor, dźwięk – zapach, dźwięk – smak: piłeczka przeskakuje swobodnie, u każdego lecąc innym torem. Na hasło „Michael Jackson” w prywatnych wyszukiwarkach naszych głów wyskakują całe ciągi skojarzeń. Kaseta magnetofonowa Bad, zeszyt wyklejony jego zdjęciami, porwana bandana i koszulka kupiona pod Pałacem Kultury to moje osobiste wyniki szukania, wszystkie pochodzące z okresu mocno nieletniego. Ale muzyka Michaela wróciła do mojego dorosłego już całkiem życia, jako podkład pod ważny dla mnie, burzliwy okres (powiedzmy: black & white). Podrygiwanie do piosenek Jacksona o świcie, kiedy porządni ludzie wrócili już z imprez, a jeszcze bardziej porządni nie zdążyli wstać do pracy, jest dla mnie znakiem rozpoznawczym tego etapu. Uśpiony warszawski Mokotów i Billy Jean – boski duet. Nie napiszę tu nic mądrego na temat Króla Popu, zresztą zalew absurdalnych informacji o Michaelu, które tuż po jego śmierci produkowały nasze tabloidy, jakoś zniechęca mnie do podsumowań (w Głuchym Telefonie pisze o tym Kamil Antosiewicz). Do muzyki Michaela, jak do wszystkiego na tym świecie, mam stosunek emocjonalny. I w ten pokrętny sposób chciałabym powiedzieć, że dla mnie to jednak jest koniec pewnej epoki. Stanisław Drzewiecki ma inne zdanie. Przeczytajcie naszą rozmowę, którą otwiera wątek Michaela, a finiszuje kwestia Rachmaninowa. Piękna puenta, przyznajcie.
Hanna Rydlewska










