11/2009
Mystery Train
W ciągu dwóch tygodni trasę z Warszawy do Poznania przejechałam pociągiem osiem razy. Art & Fashion Festival sprawił, że punkt ciężkości w moim życiu przeniósł się na chwilę z Mazowsza do Wielkopolski. Dwie godziny i pięćdziesiąt minut samotności w pociągu to prawdziwy luksus. Telefonów można nie odbierać (pod pretekstem, że traci się zasięg). Można bezkarnie czytać tabloidy (czekają na nas porzucone przez poprzednich właścicieli), jeść wafelki dodawane do herbaty (o ile to Intercity) lub cieszyć się włoską kuchnią z Warsa (podobno Piady mają już większe wzięcie niż żurek). Można przypominać sobie licealne lata, paląc po kryjomu w toalecie, albo malować się w lusterku przyklejonym do ściany przedziału, flirtując przy okazji z konduktorem. Można naraz słuchać Gaby Kulki z iPoda (Sleepwalk brzmi genialnie szczególnie nocą, szczególnie w pociągu) i malować sobie paznokcie (kolory: fuchsia lub splendeur, marek nie zdradzam, żeby nie robić product placementu). A w tle wspominać pociągowe sceny z filmu Butelki Zwrotne (erotyka podlana czeskim humorem, którego zazwyczaj nie łykam, chyba że krzyżuje się właśnie z seksem).
Pociąg jest metaforą, pociąg jest tubą w czasoprzestrzeni i kiedy się do niego wsiada, od razu wsiada się też do filmu. Przestrzeń przedziału, ze swoimi bliskimi kadrami, z oknem, za którym przesuwa się krajobraz, jest idealna do filmowania. To w niej nasza mimika nabiera ciężaru: pod wpływem cudzej obserwacji nasza twarz zaczyna grać i grymasić. No i wystarczy pomylić pociągi, by wylądować w fabule montowanej bardziej nerwowo niż Speed 2. Tak, zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Miał być, a jakże, Poznań, a wyszły z tego Katowice. Właściwie Zawiercie, w którym wylądowałam po zmroku. Padał deszcz, stałam na peronie z walizką pełną magazynów (nie polskich, co nie jest bez znaczenia, bo każdy z nich ważył po trzy kilo), za to bez papierosów, w oczekiwaniu na pociąg pośpieszny relacji Katowice – Łódź Fabryczna. Wysiadłam na stacji Łódź Widzew, skąd samochodem, z prędkością światła pomknęłam w dobrym kierunku (na szczęście nie prowadziłam). Ten film miał happy end, bo do Poznania dotarłam przed północą, a w podróży przeczytałam jeszcze nową książkę Jacka Dehnela Fotoplastikon (recenzji szukajcie w tym numerze). Kino drogi w czystej postaci. Wolność niechciana, niespodziewana. I? Zostawiam tym razem wstępniak bez puenty. Dopiszcie ją sami w jakimś nocnym pociągu. Koniecznie z kuszetkami.
Hanna Rydlewska










