5/2006
Każdy kiedyś zakochał się pierwszy raz. Znam przynajmniej trzy osoby, dla których dziewiczą, platoniczną miłością była Katarzyna Figura. W przeciwieństwie do wycinanych z “Dziennika Ludowego” albo “Bravo” Sylvestrów Stallone i Samanth Fox, była cholernie prawdziwa, z krwi i kości, a w dodatku mówiła po polsku. Można było obejrzeć ją nie na zdartej taśmie VHS, czy na magnetowidzie przywiezionym przez sąsiada z Bangkoku, ale normalnie, w telewizji po dzienniku (jeśli pozwolili rodzice) albo przed dziennikiem. Bezpośrednia realność przeżyć Katarzyny Figury i – umówmy się – tak samo realny brak konkurencji, spowodowały, że stała się ona dla całych pokoleń archetypiczną kobietą o równie archetypicznych atrybutach. Owo doświadczenie z pogranicza sentymentu i mistyki możemy analizować wedle uznania to na ekranach kin (już na jesieni premiera antywesternu Uklańskiego, a w nim, zdaniem samej Figury, jedna z lepszych jej ról), to w teatrze, gdzie pojawia się ostatnio – i tu przeżywają szok mężczyźni, dla których długie włosy stanowią obiekt kultu – łysa. Sama Figura weryfikuje wspomniane doświadczenie równolegle z nami, poprzez swoją pracę. Dla nas wcieliła się w kto wie czy nie najbardziej śmiałą ze swoich dotychczasowych ról. Podobnie jak Tank Girl, pankówa-rebeliantka z komiksu Liama Hewletta, mogłaby powiedzieć, patrząc wstecz na swoje życie: “Niewiarygodne, że wszystkie te popieprzone wydarzenia faktycznie miały miejsce”. Mimo niezłych życiowych zakrętów i granatów w dłoniach, obie pozostają wciąż kobietami, o których faceci mogą tylko marzyć.
Kamil Antosiewicz










