2/2006
Leży u mnie na biurku album dokumentujący pracę "Naziści" Piotra Uklańskiego (do którego bezskutecznie próbowaliśmy się dodzwonić, lecz wciąż odpowiadała nam automatyczna sekretarka - ponoć nagrana wiele lat temu - "jestem za granicą, wracam w środę"). W nim zaś pysznią się archetypiczni bohaterowie filmów i książek, którymi byliśmy karmieni całe dzieciństwo. Wielu z nich ma oblicza prawdziwsze i bardziej przekonujące niż ci, których znamy z poszarzałych czarno-białych fotografii albo niewyraźnych kronik filmowych. Jeden aktor gra esesmana szczególnie dobrze - aż człowiek się zastanawia, czy to nie podkolorowana fota z jakiegoś zakurzonego archiwum historycznego. Gdy patrzę na świńską gębę w monoklu, nad która świeci trupia główka, uśmiecham się, ale ciarki przechodzą mi po plecach. Drugi, żylasty, z twarzą nabiegłą krwią, coś wrzeszczy i przydeptuje jakąś półnagą dziewczynę - to kadr z jakiejś mało poprawnej politycznie produkcji, eksploatującej drugowojenne wątki w kontekście fantazji nad wyszukanymi męsko-damskimi relacjami. Oglądając książkę dociera do mnie znowu, że naszą pamięć skutecznie wyręcza wyobraźnia karmiona Clintem Eastoodem, Mikulskim i Ronaldem Reaganem w mundurach Abwhery czy Wehrmachtu. "Naziści" Uklańskiego to praca sprzed kilku lat, ale, trzeba przyznać, w dobie zlewania się rzeczywistości medialnej i wytworów kultury wizualnej z fikcją, aktualna i dość zabawna. Zwłaszcza, jeśli przypomnieć sobie zajście w Zachęcie. Choć Uklański później nie odbierał telefonu, spotkaliśmy go tuż po zakończeniu zdjęć do Westernu z Valem Kilmerem i Lindą. Premiera wypada w polską złotą jesień.
Kamil Antosiewicz










