Jak nie zostałem gwiazdą w USA
Po prostu urodziłeś się, bracie, w złym czepku i pod lewą gwiazdą.
Przypadki chodzą po ludziach. Cholerne i złe przypadki, które wprowadzają człowieka w stan, w którym musi bardzo się powstrzymywać przed tym, aby nie zdemolować całego mieszkania, nie trzasnąć komputerem o ścianę, a następnie nie wyskoczyć przez okno. Co więcej, gdy takie przypadki człowieka dopadną, ma przedziwne wrażenie, że przydarzają się one tylko i wyłącznie jemu, że reszta świata wolna jest od tego typu zbiegów okoliczności. Że po prostu urodziłeś się, bracie, w złym czepku i pod lewą gwiazdą, i choćbyś nie
wiadomo jak rozważne i mądre decyzje podejmował przez całe swoje życie, to niestety, jedno głupie losowe zdarzenie może obrócić wszystko w popiół. Nie sięgając zbyt daleko w przeszłość do czasów licealnych bądź studenckich, skupmy się na wspomnieniach w miarę świeżych. Na przykład tych z dziś. Wczoraj zadzwonił do mnie kolega, który powiedział, że do Warszawy przyjechał Nick. Nick jest młodym dwumetrowym człowiekiem, który przygotowuje do „New York Timesa” artykuł bądź dokument o młodych ludziach w młodych krajach Unii Europejskiej. Zapytał, czy może dać Nickowi mój numer. Zgodziłem się. Nick zadzwonił. Rozmawiałem z nim cokolwiek łamaną amerykańszczyzną, ale porozumieliśmy się bez większych problemów. Nick powiedział, że udzielę wywiadu do kamery, nakręcimy do tego parę ujęć, jak chodzę po mieszkaniu, coś na dworze, wyjdzie fajnie i on generalnie będzie mi bardzo wdzięczny. Nie muszę chyba dodawać, że podekscytowałem się spotkaniem z Nickiem niczym przysłowiowy głupek na wiosnę.
Więcej na łamach listopadowego Exklusiva !
Tekst: Jakub Żulczyk
Ilustracja: Tymoteusz Piotrowski