Po tamtej stronie lustra
Wielu z nich wolałoby określenie wizjonerzy. Bowiem twórcy ci, raczej jak heretycy, przedstawiają przede wszystkim alternatywne wizje świata dotyczące prehistorii, kultu Wielkiej Bogini, rozwoju cywilizacji, zjawisk paranormalnych czy istnienia UFO. Ich dzieła przeczą ogólnie przyjętym wyjaśnieniom rzeczywistości.
Ucieczka ze świata
Prehistoryczne boginie - Izys, Isztar, Hathor, czy Nammu - maluje Erwin Sówka (ur.1936), także w ich gniewnym wcieleniu Kali, albo pod postacią Barbórki - patronki górników. Ten górnik z zawodu, mieszkaniec Nikiszowca na przedmieściach Katowic, wyznaje w swoich obrazach kult Wielkiej Bogini. Jednak wizerunki, jakie maluje są dość nietypowe. Z jednej strony inspiruje się dość stereotypowymi ikonami dalekowschodnich bóstw, z drugiej obdarza je ludowymi atrybutami, które zna ze swojego własnego życia. Stąd Isztar, sumeryjska bogini płodności, ma na głowie typowo śląski wianek z kwiatów. Z kolei Barbórka, jednocześnie patronka górników i bogini świata podziemnego, nosi koronę z noży kombajnowych i syren fabrycznych. Sówka maluje, oprócz tych psychodelicznych aktów, sceny fantastyczne i mitologiczne, łączące tradycje hinduizmu, europejskiej ezoteryki i śląskiej baśniowości. Podobno sam jest obdarzony właściwościami mediumicznymi, np. potrafi przyciągnąć do siebie astrala - tzw. ciało subtelne - innych ludzi. Stwierdzono u niego także zdolność telepatycznego wysyłania sygnałów. Swoją sztukę traktuje jako swoiste ćwiczenie medytacyjne. „Sztuka jest metamorfozą i oświeceniem pozazmysłowym” - mówi. „Jej czar i magia polegają na uwolnieniu z ciasnych ram naszej materialnej egzystencji”. Bez wątpienia jest w jego obrazach coś transcendentalnego, coś, co nie pozwala ich jednoznacznie zaklasyfikować. Są zbyt subtelne na malarstwo prymitywne, a jednocześnie panuje wokół nich atmosfera wysokiego natężenia psychicznego, która nadaje im niespotykanego charakteru.
Fantastyczne sceny z prehistorii, z wymyślonych epok geologicznych, które maluje Ludwik Holesza (ur.1921) mają jednak jak najbardziej racjonalne podstawy. Pracując pod ziemią wyobrażał sobie, jak Ziemia mogła wyglądać przed milionami lat. Według niego „drzewa w karbonie były kolorowe i wszystko musiało świecić, było przecież ciemno, słońce nie dochodziło przez tumany pary”. Zaczynał od przerysowywania znalezionych w skałach odcisków paproci, potem malował sadzą na starych prześcieradłach. Wreszcie żona ulitowała się i kupiła mu pierwsze farby: zieloną, fioletową, czerwoną, żółtą i białą. Tymi farbami namalował w 1968 roku „Epokę karbońską”. Później rozbudował tematykę, malował między innymi „kosmiczne miasta, w których ludzkość miała przetrwać, kiedy na Ziemi zabraknie wody i powietrza”. W jego obrazach plamy jaskrawych barw pozbawione światłocienia czy głębszej perspektywy, wypełniają bez reszty przestrzeń obrazu w schizofrenicznej mozaice przedmiotów, przypominającej optyczne grafiki M.C.Eschera.
Wojciech Giza (ur.1952) zaczynał karierę jako student metalurgii na krakowskiej AGH, kiedy do głosu doszły jego dziecinne fascynacje rysowaniem. Wyrzucony ze studiów, mieszkał u swojej kuzynki w kuchni, gdzie namalował ponad 100 obrazków z cyklu „Improwizacje Apokaliptyczne”. Stosował naprawdę amatorskie techniki: temperami na kartonie, bez podkładów, malował najpierw postaci, a potem tło, jakby wbrew regułom rzemiosła. W swoich obrazach Giza używa własnej symboliki, która „nie mieści się w archetypach naszej kultury”. I tak na przykład monstrualne kształty i prehistoryczne gady reprezentują pierwotną szlachetność duszy, świat nieskalany złem. Inspirują go wszystkie formy alternatywnej historii świata: nieznane mity greckie, religie Dalekiego Wschodu, podania o Atlantydzie. „Od lat w mojej twórczości zajmuję się mitami stworzonymi przez zamierzchłe cywilizacje, gdyż są one dla mnie drogowskazami do odkrywania kosmitów i bogów. Jedna z pierwszych opowieści traktuje o interwencji na Ziemi istot z innych planet i gwiazd. Sceny z tych mitów, jakby zdeformowanych, hybrydalnych postaci ludzi, zwierząt i roślin, traktuję jako zaprogramowane - perforowane karty przeszłych i przyszłych dziejów ludzkości... ”.
Powrót do świata
Nie oszukujmy się, według statystyk w naszym nowoczesnym, otwartym społeczeństwie najbardziej narażone na dyskryminację są osoby - jak to się mówi – „niepełnosprawne intelektualnie”. Ich świat istnieje równolegle obok naszego, oddzielony niewidzialną, ale nieprzeniknioną barierą. Ten świat i tamten to jakby dwa lustrzane odbicia, a człowiek często zastanawia się, które z nich jest prawdziwe.
Czasem dochodzi do prób kontaktu między tymi światami. Czasem usiłuje się przeciągnąć ludzi z tamtej na naszą stronę. Warsztaty Terapii Zajęciowej, takie jak Warsztat przy Szpitalu w Bydgoszczy, czy Pracownia Farbiarnia w Płocku, mają poprzez ćwiczenia artystyczne rozwijać zdolności manualne i przygotowywać do pracy zawodowej. Jednak niektórzy z uczestników osiągają tak dobre rezultaty, że zyskują poważne uznanie w świecie sztuki. Ich obrazy, stylistycznie najbliższe nurtowi „Nowych Dzikich”” lub amerykańskiemu abstrakcyjnemu ekspresjonizmowi, wystawiają na próbę nasze estetyczne przyzwyczajenia. Za pomocą oszczędnego warsztatu wyrażają całe bogactwo emocji, a jednocześnie głoszą prostą radość życia. Ich sztuka, tak oszczędna i naiwna, ale tak bogata w uczucia, staje na przekór naszym czasom, opanowanym obsesją technicznej i cielesnej doskonałości.
Tomasz Jezierzańki (ur.1973) w wyniku błędów lekarzy popełnionych podczas porodu, musi poruszać się na wózku i komunikować za pomocą własnego języka gestów. Tomek maluje portrety osób, znanych z życia czy z telewizji, które w jakiś sposób zapadły w jego pamięć: porucznik Borewicz występuje obok listonosza, a Wietnamka z Bydgoszczy obok celnika widzianego podczas wycieczki do Pragi. Pozornie dziecinne wizerunki z wrażliwością oddają rysy charakterystyczne, piękno i ułomności modelów. Konrad Kwasek (ur.1958), który nie mówi i nie słyszy od niemowlęctwa, stworzył więc własny język migowy i pismo obrazkowe, którym komunikuje się z bliźnimi. Na jego obrazach często pojawiają się ciągi cyfr, szczególnie daty, jakby artysta był owładnięty ideą kalendarza, naszego abstrakcyjnego podziału czasu. Wśród tych cyfr powtarza się często data jego narodzin i tajemnicza liczba 2058. Może to przeczuwana data końca świata? Znaleziony w transporcie dzieci wywiezionych na roboty do Niemiec Henryk Żarski (ur.1944), przez wiele lat nie mówił. Dopiero kontakt ze sztuką w Domu Pomocy sprawił, że odzyskał głos. Za punkt wyjścia swoich obrazów obiera sytuacje codzienne, które ulegają jednak fantastycznej metamorfozie pod wpływem jego wyobraźni - na przykład kombajn rolniczy zamienia się w fantastyczne zwierzę, które na polu ma do wykonania tajemniczą misję. On sam może teraz mówić o sobie: „Jestem artystą”.
Za sprawą kilku wystaw i okresowego zainteresowania, wielu z „artystów niepełnosprawnych intelektualnie” zyskało spore uznanie. Robert Bindas (ur.1964) w 1996 roku wykonał scenografię do programu TVP „Tacy sami”, a rok później jego obrazy trafiły na aukcję charytatywną Londyńskiego Domu Aukcyjnego. Obrazki Jacka Zdanowskiego (ur.1961) znalazły się na wystawach w Londynie, Paryżu i Mediolanie. Maria Parczewska, kuratorka wystawy „Oswajanie świata” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie jest w ogóle przeciwna takiemu kategoryzowaniu i wolałaby wystawiać ich prace na równych prawach z uznanymi nazwiskami. Wiadomo, że Warsztaty Terapii Zajęciowej mają nie tyle stworzyć nowych artystów, co raczej przygotować te osoby do funkcjonowania w naszym społeczeństwie. Dla nich samych jednak są ważnym potwierdzeniem ich wartości. A przede wszystkim formą kontaktu ze światem. A więc może sztuka, ten dość nieokiełznany system symboliczny, jest jednak najdoskonalszym sposobem komunikacji, wolnym od wirusów uprzedzeń, ideologii i polityki?
Tekst: Rafał Nowakowsk