Kasia Wyrozębska: Dr Lui was kocha!
Podobno kolekcjonowała zdjęcia legitymacyjne, a gdy miała już ogromny zbiór, grała nimi w “wojnę”. Studiowała fotografię w Filmówce i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim. „Twarz jest dla mnie formą” – mówi Kasia Wyrozębska. Nic więc dziwnego, że od ponad roku rozkręca street-artową akcję, której głównym motywem jest znaleziona w Google’ach fotka pewnego doktora z Hongkongu.
Czy doktor ma świadomość, że jego twarz bywa publikowana na plakatach i wlepkach, które można oglądać na ulicach wielu miast?
– Od początku akcji był informowany o jej przebiegu. Wysyłałam do niego e-maile ze zdjęciami, listy drogą pocztową. Nigdy nie odpowiedział. Ale wkrótce po tym, jak podałam mu adres strony www, poświęconej projektowi, w statystyce odnotowałam wizytę gościa z Hongkongu.
Posiadasz tajnych współpracowników, także w Hongkongu. Jak ich werbujesz?
– To ochotnicy. Kochają doktora i adrenalinę. Na przykład Michael Wolf, niemiecki fotograf, który mieszka w Hongkongu, zrobił fotograficzno-plakatową akcję, której rezultaty można oglądać na http://drlui.ownlog.com. Poza tym doktor podróżuje, gdzie tylko może: był w Zakopanym i Djerbie, w Hiszpanii, Francji, Anglii i w Niemczech. W tym miejscu pozdrawiam całą ekipę z Łodzi, która podwozi doktora to tu, to tam: Atelier u Anioła oraz Prota, NPG i Niepsuja – członków Jaram.sie. Dr Lui bardzo was kocha!
Skąd się wziął pomysł, by niewinnego człowieka nękać telefonami?
– Oj, nie nękamy go. Dawno nie dzwoniłam. Oficjalny numer podany jest na stronie kliniki, w której pracuje. Kilka razy próbowaliśmy delikatnie wybadać teren, ale telefon to wciąż niewykorzystane medium w ramach tego projektu.
Podobno tylko najlepszym kolegom przy wyjątkowych okazjach pozwalasz wykręcać numer Dr. Lui?
– Proste. Takie sytuacje zdarzyły się dwie: raz na 30. urodziny przyjaciela z Anglii, a drugi – gdy z moimi wiernymi druhami oglądaliśmy Hongkong online. Było romantycznie.
Czy poza Dr. Lui są jeszcze twarze, które równie mocno pobudzają twoją wyobraźnię?
– Szczerze mówiąc, mało. Działają na mnie postaci z odległych krain. Zastygłe w bezruchu oblicze Mongoła, który siada naprzeciw mnie w autobusie. Jego karmelowa twarz, szara wełniana czapka, czekoladowy szal. Kolory natury, spokój. To obraz sprzed pół roku, a ja myślę o nim do dziś.
Jakie jest twoje rozumienie street-artu?
– Steet-art to zabawa, gra w podchody. Dobra dla tych, co nie mogą usiedzieć w domu. Dla tych, których swędzą ręce, żeby wrzucić szablon albo plakat. Tu nie ma kuratorów, miasto weryfikuje jakość.
Tekst: Monika Brzywczy