Wenecki gest Kozakiewicza
Architektura to jedyna sztuka, która dotyczy wszystkich. Czy tego chcemy, czy nie otacza nas z każdej strony. Może dlatego biennale architektury w Wenecji, odbywające się na przemian z biennale sztuki, przyciąga tak wielką uwagę. Ostatnie odwiedziło ponad 100 tysięcy gości. W tym roku Polska wysłała silną, choć tylko dwuosobową reprezentację, składającą się z kuratorki i rzeźbiarza. Ale to nie przypadek. Reprezentuje nas rzeźbiarz architektury, a może architekt rzeźby – Jarosław Kozakiewicz.
Takiego...
Nobilitacją niczym gra na mundialu jest już sam udział w Biennale. Tym bardziej, że w tym roku odbywa się ono po raz dziesiąty. W dodatku pod prowokującym do interdyscyplinarnego spojrzenia hasłem
„Architektura i społeczeństwo”. W błyskawicznym konkursie na koncepcję wypełnienia polskiego pawilonu wygrał duet Gabrieli Świtek, kuratorki z warszawskiej Zachęty, i właśnie Kozakiewicza – eksportowej gwiazdy polskiej sztuki. Wywołało to pewną konsternację. Po raz pierwszy na polskiej wystawie nie będzie bowiem ani jednego architekta. W dodatku Kozakiewicz to outsider, którego próżno łączyć z ogólnie pojętą polską architekturą, nie mówiąc już o jej głównym nurcie. Trudno przypisywać go też do świata sztuki, choć jest ceniony, chwalony, wystawiany – ostatnio, na przykład, w CSW, w ramach cyklu „W samym centrum uwagi”. Od lat po prostu robi swoje, nie wpisując się w żadną modę. Wystawienie go w Wenecji zakrawa na gest Kozakiewicza pod adresem polskich architektów, na znak, że być może nie brakuje wśród nich zdolnych rzemieślników, ale nie ma nikogo, kto mógłby sprostać intelektualnie tematowi biennale czy zaproponować coś, co przynajmniej swą formą rzuci świat na kolana. Kto jak kto, ale Kozakiewicz rzucać na kolana potrafi, choćby samym rozmachem i bezkompromisowością swoich pomysłów.
Między kulturą a naturą
Urodzony w 1961 roku w Białymstoku, absolwent warszawskiej ASP i nowojorskiej Cooper Union for the Advancement of Science and Art, Kozakiewicz tworzy w skali wykraczającej poza rozmiary największych nawet sal muzealnych. Jego tworzywem jest miasto i krajobraz. Kwestionuje granice między architekturą a rzeźbą, między kulturą a naturą. Przez lata jego pomysły pozostawały na papierze. Nawet wtedy, gdy z pomocą architektów abstrakcyjne wizje przekuwał w spójny i możliwy do wybudowania projekt, nic z tego nie wychodziło. Tak było z wciąż oczekującym na realizację projektem centrum kultury w Broku nad Bugiem. Poetycka wizja szklanego pawilonu – fantomu istniejącego tam niegdyś zamku, z wieżą widokową wśród porastających ruiny drzew, urzekła wielu, ale nie na tyle, by ktokolwiek wyłożył pieniądze. Gdyby jednak znalazł się jakiś światły mecenas, gotowy projekt, opracowany przez Kozakiewicza z Mikołajem Kadłubowskim z warszawskiej pracowni Grupa 5, czeka w szufladzie, a na razie można go podziwiać na stronie www.brokcentre.art.pl.
Ucho świata
Częściowej realizacji doczekała się za to najbardziej chyba wizyjna koncepcja rzeźbiarza, zatytułowana Pejzaże – humanistyczny model Układu Słonecznego, pochodząca z 1999 roku, śmiała próba wyrażenia więzi między porządkiem ludzkiego ciała a porządkiem kosmosu. Dziewięciu planetom Układu Słonecznego oraz hipotetycznej, dziesiątej, Kozakiewicz przyporządkował otwory prowadzące do wnętrza ludzkiego ciała, między innymi oczy, uszy, nos, odbyt, pępek. Przyjmując Frombork, jako miasto Kopernika, za środek układu, czyli Słońce, odwzorował na mapie Europy orbity planet, wyznaczając na nich lokalizacje dla gigantycznych, krajobrazowych rzeźb ludzkich organów. Nie sprawdzaliśmy, której miejscowości ma przypaść miano anus mundi – odbytu świata, ale już wiadomo, gdzie leży ucho Ziemi: w dawnej NRD, tuż za polską granicą. Gdy Kozakiewicza, wśród siedmiu innych artystów, zaproszono w 2003 roku do opracowania projektu dla terenów po kopalniach węgla brunatnego, odpowiedź miał gotową. Przeprowadził przez konkursowy teren orbitę Marsa i przypisał tej planecie wizerunek ucha. Mówił: – W zmieniającym się krajobrazie (…) to gigantyczne ucho z ziemi będzie doskonale wyrażać ciszę, jaka zapanowała w tym regionie po zamknięciu kopalni. Tak jakby Ziemia obnażyła swe ucho gotowa na przyjęcie odgłosów dla niej przyjaznych, pozostających w harmonii z jej powierzchnią. Za parę miesięcy ucho, mierzące 350 m długości, 250 m szerokości i 18 m wysokości, usypane ze 130 000 m³ ziemi zostanie otwarte dla zwiedzających. Jednocześnie realnych kształtów nabiera inny wizjonerski, przesycony symboliką, ale i uwodzicielski formalnie projekt Parku Pojednania Narodów obok obozu w Oświęcimiu, z wywróconym do góry nogami mostem.
Metaarchitektura
Kozakiewicz może więc pochwalić się realizacjami o skali daleko wykraczającej i poza granice rzeźby, i architektury. Porwał się na gigantyczną manipulację krajobrazem i znalazł szaleńców, którzy ją sfinansowali. Czy Wenecja też pokocha polskiego wizjonera? Na biennale pokazany zostanie projekt „Transfer” – utopijna wizja alternatywnego systemu komunikacji dla Warszawy. Wydawałoby się, że tym razem Jarosław Kozakiewicz zszedł na ziemię i przedstawił propozycję rozwiązania problemów zatłoczonego miasta. Ale transfer, według autorów wystawy, to nie tylko „przeniesienie kogoś czy czegoś w inne miejsce, przemieszczenie ludzi, informacji, pieniędzy, technologii”, ale i „przeniesienie rysunku, czyli przekalkowanie”. System pieszo-rowerowych, zazielenionych szlaków biegnących przez miasto po wiaduktach – otwartych bądź nakrytych szklanymi tunelami – i naziemnych promenadach z pozoru jest sposobem na bezbolesne przemieszczanie się po metropolii. Ale to przede wszystkim odwzorowanie powiązań przestrzennych – tych istniejących, tych słabo widocznych i tych wyimaginowanych. Sieć zielonych wiaduktów przywodzi na myśl nieco wcześniejszy projekt rzeźbiarza – Wieżę Miłości, dwa wieżowce splecione ze sobą na wzór dwóch ludzkich ciał, wewnątrz których znajduje się wertykalny park: porośnięta zielenią rampa dla pieszych, biegnąca przez wszystkie piętra na sam szczyt. W weneckim projekcie dla Warszawy sieć transferowa również składa się z zielonych ramp, łączących rozrzucone po mieście atrakcje. Ścieżka zieleni łączy skwery, parki, lasy. Ścieżki pamięci, sztuki, edukacji, rozrywki, rekreacji wiążą miejsca o szczególnym znaczeniu dla miasta. System przypomina też o dawniej istniejących, dziś już nieczytelnych, powiązaniach, ulicach, które zmiotła z powierzchni Ziemi wojna, czy założeniach urbanistycznych, które zniszczył spontaniczny rozwój miasta.
Kwestia percepcji
Sieć transferowa, nie naruszając w żaden sposób istniejącej zabudowy, umożliwiłaby więc poruszanie się po Warszawie w zupełnie nowy sposób. Nie zmieniałaby miasta, tylko sposób jego oglądania i interpretacji. Kozakiewicz zdaje się sygnalizować realny problem, ale projekt nie polega na jego rozwiązywaniu, tylko na omijaniu, snuciu opowieści o idealnej metropolii składającej się jedynie z miejsc spotkań, wypoczynku, refleksji, wymiany myśli, podczas gdy daleka od ideału, zabiegana miejska rzeczywistość pędzi dalej gdzieś obok. Jeśli potraktować „Transfer” jako intelektualną prowokację, próbę zwrócenia myślenia o mieście na trochę inne tory, zaproszenie do spojrzenia na nie w nowy sposób, to wszystko jest w porządku. Gorzej, jeśli ktoś weźmie projekt za poważną propozycję rozwiązania poważnego problemu. Problem ten wydaje się zresztą w przypadku Warszawy nieco wydumany. Ruch samochodowy jest ogromny, chaos urbanistyczny trudny do opanowania, ale wciąż łatwo znaleźć tu miejsca kontemplacji i rekreacji, parę kroków od głównych ulic. I to bez użycia kładek czy wiaduktów. Syndrom asfaltowej dżungli to w pełnej parków Warszawie wciąż odległa przyszłość.
Próba ognia
Na biennale w Wenecji, oprócz wizualizacji i makiety fragmentu wiaduktu, przygotowano krótkie animacje filmowe ukazujące dynamicznie przebieg kilku szlaków. Ich ekspozycja będzie dla Kozakiewicza próbą ognia. Czy transfer Kozakiewicza do Włoch okaże się sukcesem? Czy jego wenecki gest pokona drogę z wirtualnej rzeczywistości galerii do realu? Jest to raczej mało prawdopodobne, ale może to i dobrze. Bo fascynujący na wizualizacjach i animacjach, utopijny pomysł mógłby się okazać urbanistyczną katastrofą. Najważniejsze jednak, że pokazany zostanie projekt, który wywołał burzliwą dyskusję jeszcze przed otwarciem wystawy. Nawet jeśli nie uwiedzie wymagającej, międzynarodowej publiczności, już wywołał zdrowy ferment w ciepłym światku polskiej architektury.
Tekst: Grzegorz Piątek