110

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

BORCUCH: Szczery do bólu

Twoje Tulipany były pierwszym filmem offowym w oficjalnej dystrybucji, a teraz Wszystko, co kocham przeciera szlaki jako pierwszy polski film w selekcji festiwalu w Sundance. Czujesz się pionierem? Gdy miałem 14 czy 15 lat, trafiła mi w ręce książka Thomasa Louis-Vincenta Trup. W przedmowie autor pisał mniej więcej tak: „Całe życie wiedziałem, że umrę, bo taka jest natura człowieka, ale do końca łudziłem się, że w moim przypadku będzie inaczej”. Ja mam podobnie – bardzo długo wydawało mi się, że będę żyć wiecznie i uda mi się oszukać Boga i naturę.
Ale jeszcze nie jesteś u kresu! Nie, ale wydaje mi się, że już jestem za linią Maginota, że już mniej mi zostało, doskwiera mi codzienność – mam naturę o skłonnościach melancholijno-neurotycznych. Ale nie, broń Boże nie czuję się pionierem. Po prostu robię to, co kocham, a teraz zrobiłem nawet „wszystko, co kocham” (śmiech). Traktuję siebie poważnie – bo wszystkim wokół mogę wcisnąć kit, ale siebie nie oszukam, więc postanowiłem szczerze opowiedzieć tę historię. Filmy robię głównie dla siebie, przy założeniu, że znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która też to obejrzy. Wierzę, że szczerość popłaca.
W jakim wymiarze Wszystko, co kocham jest autobiograficzne, skoro w 1981 roku miałeś 11 lat? Świadomie podjąłem decyzję, żeby postarzyć moich bohaterów, bo scenariusz napisałem dla 12-13-latków. Ale nie chciałem, żeby film został zbagatelizowany, żeby dystrybutor miał problem, czy promować go jako film dla przedszkola, a poza tym nie znalazłbym tak młodych chłopaków, którzy umieliby to zagrać. Nie mówiąc o scenach intymnych, które wtedy nie mogłyby mieć miejsca. Zdecydowałem się więc opowiedzieć tę samą historię, ale o chłopakach, którymi chciałem wtedy być, bo wiadomo, że jak się ma lat 12, chce się mieć 18.
Czy twój brat faktycznie grał z tobą w zespole? I czy Daniel Bloom, który figuruje w bazie Filmu Polskiego jako Daniel Borcuch, to rzeczywiście twój brat? Jakoś tak wyszło. Zawsze mówiłem o swoich filmach per „moje filmy”, ale to są naprawdę „nasze filmy”. Przyszedł czas, żeby to wyraźnie powiedzieć, bo spędzamy razem dużo czasu, potrzebujemy siebie, tęsknimy za sobą. Cała nasza twórczość bierze się z głębokiej psychodramy, którą uprawiamy – on w krainie dźwięków, ja w krainie bajek dla dorosłych. Dużo łatwiej się żyje, mając takie wsparcie. Rozmawiamy ze sobą jakimś neojęzykiem, bo przez 40 lat dochowaliśmy się mnóstwa skrótów myślowych. Najbliższy mi człowiek. Ten perkusista w okularkach we Wszystko, co kocham to on.

Jak znalazłeś aktorów? To studenci szkół aktorskich?
Tak, Mateusz i Kuba, czyli wokalista i basista, to studenci II roku szkoły aktorskiej w Krakowie, a gitarzysta i perkusista są z Warszawy, też z drugiego roku. Ci warszawscy chłopcy są porządniejsi, uczą się i bardziej wierzą, że to im potrzebne. Natomiast dwójka głównych aktorów to łobuzy - Kuba ma aktualnie indywidualny tok studiów i dziekankę, bo dużo gra, Mateusza już wypieprzyli z jednej szkoły – z Wrocławia – za niesubordynację. Ale jest na tyle zdolny, że nie chcieli mu zrobić krzywdy, więc załatwili mu przeniesienie do Krakowa. Mateusz Kościukiewicz jest rewelacyjny, kamera go kocha.

Ale z naszych dziennikarskich doświadczeń z nim wynika, że już zaczął gwiazdorzyć. Stworzyłeś potwora? Nie, sfilmowałem potwora. Jest szczery w tym, co mówi. Trochę świruje, bo tak się ma w tym wieku. To godny pozazdroszczenia debiut. Mateusz ma dziesięć lat więcej zawodowego życia przed sobą, niż ja miałem po debiucie. Nie jestem profesorem, żeby mu dyktować, jak ma się zachowywać, mogę mu tylko podpowiadać, co się nie opłaca. Powiedziałem mu ostatnio, że duże psy nie muszą szczekać.(...) x

Więcej w najnowszym numerze Exklusiva!

Tekst: Agata Michalak