

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Mój urlop polega na miesięcznym stypendium dla pisarzy w Willi Decjusza. Stypendium trwało kiedyś trzy miesiące, ale wiadomo – globalna polityka redukcji kosztów związana z paranoją kryzysową. Mimo wszystko jest miło, bo stypendia dla pisarzy są miłe, bo miła jest sytuacja, w której ktoś lokuje cię w przyjemnym hotelu/ willi/domu, daje parę groszy i oczekuje od ciebie jedynie tego, że może uda ci się dołożyć przez ten czas swoją małą cegiełkę do kultury polskiej. Jest miło, ale tak naprawdę nie wiem, co to urlop. Nigdy nie miałem urlopu. Wolny zawód, z którym fajnie byłoby w końcu na chwilę skończyć, zawiera w sobie, owszem, kilka bardzo seksownych dla pracującego na etacie bliźniego elementów – można wstać sobie o dwunastej, podłubać w nosie, iść na papierosa lub do kibla, kiedy to człowiekowi się żywnie podoba, i cały boży dzień siedzieć i zbijać bąki. Oczywiście jest to średnia prawda, a ostatni element prawdą już nie jest w ogóle. Człowiek wykonujący wolny zawód NIGDY nie ma urlopu. NIGDY nie ma dnia, w którym nie byłoby czegoś do zrobienia. Gdy wykonuje się wolny zawód, potencjalni pracodawcy średnio respektują nawet świętą zasadę niedzwonienia do ludzi w sprawach zawodowych w weekend. Nie wychodząc z domu, jest się w pracy cały czas. Urlop byłby przyjemny. Prawdziwy urlop, czyli hotel w Egipcie, drinki z palemką, plaża, wycieczka śladami Tutenchamona, bycie okradzionym na bazarze, gdy za rogiem odbywa się atak terrorystyczny i inne takie. Albo nawet urlop nad polskim morzem, wśród aromatów smażonej rybeczki i podczas permanentnej wystawy Opalone Ciała Polskie, w każdym razie urlop bez laptopa, z wyłączonym telefonem, urlop, czyli dwa tygodnie pełnego, głębokiego luzu. Chyba trochę zazdroszczę ludziom pracującym na jakimś ludzkim etacie, z 26 dniami płatnego w roku i normalnym wymiarem roboczogodzin, chyba po prostu zazdroszczę ludziom z normalnym, posegregowanym życiem. Urlop ma się od czegoś. Od pracy, codzienności, od partnera, od dzieci, od problemów. Od codziennego usraju, od miasta, w którym się żyje, od sąsiadów, od kolegów, od swojego małego świata przedstawionego. Ja mam taki głupi problem, że moja praca jest ze mną cały czas, jest przyczepiona do mnie jak nieusuwalny rzep i nie chce mnie puścić. Do tego jest stresująca, słabo płatna i wymaga koncentracji, której mam poważny deficyt. Jej jedynym plusem, jak już powiedziałem, jest siedzenie w domu. Wolny zawód to jak permanentne chorobowe, z nawałem pracy, którą przywlokło się ze sobą z biura, bo i tak nie ma komu jej zrobić. Więc cieszcie się. Bądźcie szczęśliwi z powodu waszych prac, których nie cierpicie, bo ludzie, którzy opowiadają, jak to uwielbiają swoją pracę, albo kłamią, albo opiekują się czyjąś prywatną tropikalną wyspą. Cieszcie się z waszego porządku, z tego, że wasze życie jest podzielone na przed i na po, na „do zrobienia” i „zrobione”, na tyrkę i fajrant. Cieszcie się, że możecie iść w piątek do klubu zrobić z siebie śmietnik, doprawić w sobotę, a w niedzielę leżeć w stanie śmierci klinicznej i rozmyślać nad ostatecznym odebraniem sobie życia, bo przecież jutro jest poniedziałek. Cieszcie się, bo raz w roku zawsze możecie zabukować bilety w jakieś ciepłe miejsce, spakować klapki, kąpielówki, samoopalacz i jakiś kryminał lub thriller o rozmiarach Biblii Tysiąclecia i pojechać na urlop. Możecie wtedy robić wszystko, nawet zostać w domu. Mówicie, że praca to uwięzienie, ale nie ma bardziej względnego pojęcia na tym świecie niż wolność. Nie bądźcie głupi. Nie zazdrośćcie freelancerom. Cieszcie się. x