

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.
W jednej z piosenek na Sleepwalk zapraszasz do „a little chat about the meaning of life”. Jeden z twoich ulubionych pisarzy Douglas Adams napisał kiedyś, że odpowiedzią na wszystkie pytania o życie, a także wszechświat i całą resztę jest liczba 42. Tym samym wyśmiał sens wszelkich tzw. pytań egzystencjalnych. Wydaje mi się, że odpowiedzi na takie pytania nie powinny być poważne. Uważam, że odpowiedzi niepoważne mają w sobie więcej prawdy. Są to rzeczy strasznie ważne, natomiast nie są to poważne rzeczy. Obierając się z warstwy skostniałości i takiego bardzo sierioznego podejścia do tych tematów, jesteśmy o krok bliżej do ich rozwiązania. Mówiąc o podejściu poważnym, mam na myśli takie, które traktuje się poważnie. Osoba poważna to taka, która z powagą traktuje samą siebie. A to zawsze oddala nas od odpowiedzi na nurtujące nas kwestie, bo bardziej zajmujemy się sobą niż tymi kwestami. Jeśli zaś podchodzimy do czegoś z pewną dozą absurdu, śmiania się z siebie w danej sytuacji, to wtedy jesteśmy bliżej harmonii ze światem. Świat potrafi być absurdalny i sposób jego tłumaczenia też musi nosić takie cechy.
Udaje ci się zachowywać dystans? Czasem tak. Nie jest to taki dystans, który jakkolwiek chroni od przeżywania burzliwych emocji, ale uważam, że mimo wszystko, jeśli człowiek spojrzy czasem na rzeczy w skali kosmicznej, to jest zwyczajnie szczęśliwszy. Wierzę bardzo w takie podejście, które nie przywiązuje wielkiej wagi do wyjątkowości rodzaju ludzkiego. Chodzi mi o to, że te poważne systemy zwykle cechuje postrzeganie człowieka jako czegoś najwyższego i wyjątkowego na skalę wszechświata. Tak, jesteśmy całkiem nieźli (śmiech), ale równie absurdalni, co wszystko inne. Myślę, że akceptując to, z lżejszym sercem będziemy w stanie żyć i przetwarzać rzeczywistość.
Bliski ci jest nie tylko światopogląd Douglasa Adamsa, ale też jego najlepszego kumpla... Richarda Dawkinsa, który Douglasowi dedykował swoje książki. Samolubny gen bardzo wiele wyklarował mi, jeśli chodzi o czysto fizyczne konstrukcje świata. Jak jesteśmy młodzi, uczymy się konstruować świat na bazie czynników bardziej fantastycznych i mitologicznych. To jest cenne, bo rozwija wyobraźnię. Natomiast kiedy te elementy przestają wystarczać, nie myślimy o tym, żeby je zastąpić konkretem, który oprócz tego, że wyjaśnia absolutnie powierzchowną rzeczywistość dookoła nas, daje jakąś zasadę. Człowiek myśli o świecie nie tylko jako o otaczających go obiektach, ale też procesach. Dawkins podsunął mi zasadę, która wydała mi się niezwykle elegancka, prosta, a jednocześnie o niemożliwym wręcz potencjale różnorodności. Neodarwinizm i wszystko, co z niego wynika, jest cudowną regulacją i większość mojego myślenia znalazła w nim odzwierciedlenie. Wydał mi się tak trzeźwy i inteligentny. Do tego pozostawia miejsce na wyobraźnię. Nauka nie jest czymś, co mamy brać na wiarę. Chociaż naukowcy rozmawiają często o rzeczach, których nie jesteśmy w stanie pojąć. Jest ciągła weryfikacja, nie ma dogmatu. To jest właśnie podejście, które mi odpowiada – czujne, praktyczne, które nie kłamie, że jest czymś więcej, niż jest. Jestem za materializmem, który moim zdaniem wcale nas nie ogranicza emocjonalnie.
A zgadzasz się z jego poglądami na temat religii, które wyraził w Bogu urojonym? Że religia to niebezpieczna bujda? Tak. To bardzo budujące, że jest ktoś, kto w tak prosty, soczysty sposób mówi o rzeczach, o których i tak myślimy. Dobrze mieć taki megafon w postaci Richarda Dawkinsa. Wszystko, czego człowiek potrzebuje, jest w jego mózgu, i jest to dla mnie bardzo romantyczna idea, ponieważ tam się dzieją bardzo fajne rzeczy (śmiech).
I nie zdarza ci się po prostu w coś uwierzyć? Branie czegoś na wiarę można rozumieć dwojako. Ktoś mówi: „Mogę ci to wytłumaczyć, natomiast na tym poziomie matematyki czy chemii będzie to dla ciebie zbyt skomplikowane”. I musisz to wziąć na wiarę, bo nie masz pewnej wiedzy. Ale ktoś może też powiedzieć: „Ja ci tego nie wytłumaczę, bo tego się w ogóle nie tłumaczy”. Wtedy to jest aksjomat, który musisz wziąć na wiarę, bo musisz. Była taka świetna kreskówka internetowa z patyczaków o różnicy między normalną logiką a logiką religijną. Jeden ludzik mówił: „I has a baseball”, drugi mówił: „Prove it!”, tamten pokazywał i ten drugi mówił: „A rzeczywiście”. W następnym przykładzie ludzik mówi: „I has a baseball”, drugi: „Prove it!”, a tamten pierwszy, wściekły: „Nie możesz mi udowodnić,
że nie mam!” (śmiech). Logika religijna.
Da się stworzyć moralność bez jakiejś wyższej instancji kontrolującej?
Uważam, że moralność znajduje tylko odzwierciedlenie w rytuałach, prawach, a jest w istocie integralną cechą społeczną. Jest użyteczna. Nie wydaje mi się, żeby ateizacja mogła zaszkodzić moralności świata, sądzę, że wręcz przeciwnie. Wrażenie, że gorzej nam idzie z moralnością niż kiedyś, wynika z nadmiaru, głównie złych, informacji, którymi jesteśmy bombardowani. Ja jestem optymistką. Moim zdaniem jesteśmy na jak najlepszej drodze do oczyszczenia sobie mózgu z niepotrzebnych naleciałości. Moralność motywowana religijnie jest straszliwie śliska. Jestem dobry, bo? Ostatnio przyjaciel przypomniał mi akt skruchy, który recytowaliśmy w dzieciństwie:„Ach, żałuję za me złości jedynie dla twej miłości, bądź miłościw mnie grzesznemu, dla ciebie odpuszczam bliźniemu”. Dla ciebie? Nie dla siebie? Nie dla niego? Chcę się przypodobać Bogu, więc odpuszczam bliźniemu.
„Przypodobać Bogu” też nie brzmi dobrze... Tak! Takie lizusostwo.
A nie czujesz się czasem zagubiona, nie mając takiego religijnego pionu?
Nie widzę materializmu jako jakiejś czarnej rozpaczy – „Jezus Maria, nic nie ma, worek trupów, koniec świata”. Jest dla mnie dozą pozytywnego myślenia, poczucia osadzenia w sobie. To, łącznie nawet z pewnym nihilizmem, daje mi poczucie sensowności. W tym chaosie jest siła.
A nie przeraża cię natłok informacji, obrazów, które nas nieustannie osaczają? Uważam, że zdecydowanie nie jest to projektowane na odbiór człowieka. Nie posunęliśmy się na tyle ewolucyjnie, żeby móc gromadzić takie ilości danych. Ale jakoś sobie z tym radzimy. Odcinamy kanały.
A skąd wiesz, który kanał odrzucić? Sądzę, że ludzie wokół ciebie tworzą twoją konstrukcję moralną. To nie jest tak, że człowiek jako ta samotna wyspa jest bombardowany propozycjami norm, społecznymi układami. Ma filtr. Tym filtrem jest jego mózg i doświadczenie, a potem najbliższe otoczenie, ludzie, na których mu zależy, którzy o niego dbają. Altruizm. To taka karta przetargowa, taki paszport. Przez dobroć wiesz, kto tak naprawdę jest twoim „plemieniem”. Poprzez tych ludzi patrzysz na rzeczywistość. To, że każdy z nas nie staje się szaleńcem po czterdziestu latach życia, to nie jest przypadek.
Kultura działa na podobnej zasadzie co biologia? Jest taka książka Maszyna memowa, która teorie genetyki Dawkinsa przenosi na teren myśli. Autorka, Susan Blackmore, usiłuje rozkminić, jak powstaje jaźń. Pisze, że jesteśmy niejako nosicielami swoich umysłów. Jesteśmy konglomeratami memów, które nie służą temu, żeby było nam dobrze, ale temu, żeby się rozprzestrzenić, jak geny. Na tej samej zasadzie działa piosenka, która wpada ci w ucho. Ona jest tam po to, żebyś ją zanucił i żeby ktoś obok zaczął ją też nucić. Na zasadzie wirusa. Idee są w ten sposób konstruowane, żeby się rozprzestrzeniały. Na przykład jakie są najpopularniejsze religie? Religie nawracające. Mem nawracania połączony z memem religii – bomba. Trendy to taki objaw ewolucji idei.
A ty, na co się chwytasz? Wszystko to, o czym w tej chwili mówię, jest chwytaniem się. 70 procent osób z podobnym zapleczem społeczno-kulturowo-finansowym mogłoby dokonać wyborów takich jak ja, miałoby identyczne pomysły, ponieważ one pasują, odzwierciedlają nasz sposób życia, myślenia, moment historyczny. Nie mam ambicji, aby odkryć Amerykę.(...) x
Wiecej w 82 numerze Exklusiva!
Kucz/Kulka
Sleepwalk
Jazzboy
Gaba jest wyznawczynią poglądu, że im mniej ma się czasu, tym więcej można zrobić. Mogłaby dodać: im mniej ma się czasu, tym więcej można zrobić, i to zrobić jeszcze lepiej. Obwoływana po dziesięciu latach na scenie objawieniem polskiej sceny muzycznej, po wydaniu płyty Hat, Rabbit zdążyła już wystąpić w Sopocie, odebrać trójkowego Mateusza, zagrać na Open'erze i OFF-ie oraz dorobić się własnego programu w radiu Euro. Zamiast pożyć koncertowo-promocyjnym życiem „odkrycia roku”, Gabie jednak nieustannie spieszy się do czegoś nowego, bo woli dokonywać odkryć niż „odkryciem” być. Nowy projekt Gaby to duet z Konradem Kuczem, zakochanym w Brianie Eno muzycznym erudytą, który od 20 lat jest związany ze sceną minimal-ambient i muzyką filmową. Ze zderzenia klasycznego, kształconego głosu Gaby z mniej turnauowym niż na poprzedniej płycie, bardziej nowoczesnym, eklektycznym instrumentarium powstał album o sile rażenia dużo większej niż nagłaśniane dokonania „dziewczyn z fortepaniem” w rodzaju A Fine Frenzy. Jego nastroje przepływają sinusoidalnie od wyciszonych kołysanek jak Electric Sheep, niepokojących kompozycji jak International Man of Misery, przez pogodne, bardzo piosenkowe Got a Song, aż po rozbujane, euforyczne (i najlepsze na płycie) Your Drum. Sleepwalkiem Gaba udowadnia, że jeszcze kilka miesięcy i żadna polska wokalistka nie będzie mogła się z nią mierzyć.