99
213

LAURA
Co najbardziej lubię w swoim butiku?
Ricka Owensa - konceptualna moda i konsekwentny styl oraz osławione już skórzane kurtki.

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

BOWNIK: Rozebrany z klasyków

Czemu ukrywasz swoje imię? Większość ludzi mówi do mnie po nazwisku, już się do tego przyzwyczaiłem. I dlatego nazwiskiem podpisuję swoje prace. 

A co z powiedzeniem, że „po nazwisku, to po pysku”? Jeszcze nigdy po pysku nie dostałem, ale
mogłoby to być ciekawe doświadczenie.
Bo Bownik to nazwisko, a nie nickname, jak ktoś napisał w tekście przy okazji recenzji Gamers. Tak, mam je w dowodzie. Może temat e-sportu naprowadził ludzi na trop internetowy? Generalnie: Bownik jestem. Chociaż plotki na mój temat mi nie przeszkadzają. To wszystko buduje legendę (śmiech).
Legendę to dopiero zbudujemy. Ile masz lat?
32 lata.
Urodziłeś się? W Janowie Lubelskim. To miasteczko na piętnaście tysięcy mieszkańców. Po maturze nie za bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. To specyfika takich miasteczek, że jak człowiek siedzi w środku, to nie za bardzo wie, co jest na zewnątrz. Nie wiedziałem, jak wygląda świat sztuki. Wiedziałem tylko, że chcę robić coś związanego z fotografią. Zajmowałem się nią intensywnie mniej więcej od trzeciej klasy liceum. Nie chodziłem do szkoły, tylko robiłem zdjęcia. Pojechałem bez żadnego przygotowania do łódzkiej Filmówki. To było strasznie zabawne. Pierwszy raz zderzyłem się ze światem ludzi, którzy już tkwią w klimacie. Odstawałem na pierwszy rzut oka – przyjechałem w garniturze, ubrany jak na maturę.
Filmowa scena. Zawstydziłeś się? Nie bardzo. Raczej poczułem, że zaraz wszystko się zmieni. Do szkoły oczywiście się wtedy nie dostałem, bo byli lepsi. Moje prace były nieświadome rzeczywistości. To chyba dobre określenie.
Jestem ciekawa, jak wyglądały twoje wczesne zdjęcia. Intuicyjnie robiłem eksperymenty fotograficzne. Interesowało mnie fotografowanie plam, zabawy z fakturami, abstrakcyjne pejzaże. Budowałem całe kompozycje z papieru. Wyglądało to bardzo malarsko: na małych głębiach, niesamowicie plastyczne. Co ciekawe, moi rodzice jeszcze jak byłem w liceum, uznali, że skoro interesuję się fotografią, to warto mnie wysłać na korektę do fotografa z klasycznego zakładu foto. Kiedy zobaczył moje zdjęcia, powiedział, że to nie jest fotografia. Zderzyłem się wtedy z inną mentalnością. On kazał mi fotografować na przykład rolników na polu podczas orki.
Pojechałeś na pole? Nie. Nie przekonał mnie do tego świata. Właśnie wtedy, na zasadzie zaprzeczenia, zaczęło mi się klarować, co chcę robić.

Pierwsi mistrzowie? Pamiętam, że poszedłem kiedyś do publicznej biblioteki, gdzie trafiłem na almanach współczesnej polskiej fotografii. W twardej oprawie. To niezłe, bo zaszokowała mnie tematyka tych prac – była nawet panorama pola podczas sianokosów, czyli coś, przed czym uciekłem chwilę wcześniej. Mówię o tym na zasadzie egzotyki tamtych czasów. Dobre zdjęcia pojawiały się wówczas w „Magazynie Gazety Wyborczej”. Raz trafiłem na galerię zdjęć Avedona. Uderzyło mnie, że taki świat fotografii istnieje. Tak, chyba Avedon był pierwszym mistrzem. Potem mistrzowie zmieniali się jak w kalejdoskopie.
Nim przeszedłeś przez szkołę fotografii w Poznaniu, studiowałeś jeszcze filozofię. Mariaż fotografii z filozofią jest częsty... Zawsze mnie interesowała. Jak jeździłem do Lublina, pasjami chodziłem do księgarni. Kant i Nietzsche to była obietnica wielkiej wiedzy. Pożyczyłem od kogoś Tatarkiewicza, to był dla mnie kamień milowy. Miałem siedemnaście lat i niewiele z tego wszystkiego rozumiałem, czułem tylko pasję i potrzebę mówienia o filozofii wszystkim naokoło.
A potem filozofia obrazu? Barthes na przykład?
To już w szkole fotografii. Masz na myśli Światło obrazu? Oczywiście wciągnęło mnie to, była też Sontag. Ale szkoła fotografii była dla mnie – paradoksalnie – oczyszczeniem mojej głowy z klasyków. Przez większą część studiów w swoich pracach odnosiłem się do twórczości klasycznych fotografów, widać w moich zdjęciach fascynację różnymi nazwiskami. Dopiero jak się z tych nazwisk rozebrałem, doszedłem do własnego stylu, do swoich tematów. Moje wczesne inspiracje weszły mi w krwiobieg, wymieszały się, już mnie tak nie prześladują.
To dobrze, bo dzięki temu możesz się skupić na tym, co fotografujesz. Wtedy właśnie zdjęcia są świadome rzeczywistości, czyli są przeciwstawne do tego, co robiłeś na początku. Fotografie pełne odnośników, erudycyjne, często są słabe.
Tak, bo fotograf jest skupiony wtedy na tych odnośnikach, a nie – na przykład – na człowieku, którego fotografuje. Można wtedy dojść do ściany. Jest estetyka, ale nie ma treści.
Nad projektem Gamers pracowałeś dwa lata. To rzetelny reaserch pod reportaż. Postanowiłem wniknąć w środowisko, w którym nikogo nie znałem. Między mną a moimi bohaterami była ogromna różnica wieku. Mistrzowie e-sportu mają po 20 lat. I nie są wcale chętni do pozowania – w tym środowisku zdjęcia mają charakter czysto dokumentacyjny. Moja metoda była taka, że jeździłem na turnieje, wyłapywałem graczy, brałem od nich kontakty, opowiadałem o swoim pomyśle. Początkowo nikt nie chciał ze mną rozmawiać. W końcu przekonałem kogoś i na zasadzie łańcuszka trafiłem do kolejnych osób. Sportretowałem zarówno typowych graczy, jak i weteranów.
Złapałeś to, jak wygląda współczesny sportowiec.
Ważne było dla mnie to, żeby bohaterowie nie wpływali na kształt projektu, na swój wizerunek. Chciałem, żeby i oni, i ich pokoje, zostały uchwycone w naturalnym kontekście. Interesowała mnie też – bezpośrednio w wyglądzie gracza – pewna powtarzalność, typologia gracza. Nie chciałem łączyć portretów graczy z portretami wnętrz, bo te pokoje są przedłużeniem ich samych, a ja próbowałem wyciągnąć człowieka, zobaczyć człowieka. Mam nadzieję, że mi się to udało. x

Tekst: Hanna Rydlewska