Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Baltimore Club: Co szemrze w rynsztoku

Reżyser John Waters nazwał Baltimore “najbardziej świńskim miastem Ameryki”. Podczas wojny 1812 roku, gród ochrzczono mianem “gniazda piratów”. Chyba więc nieprzypadkowo obecnie figuruje on na drugim miejscu w krajowej statystyce morderstw. Krwiożerczy klimat słychać też w lokalnych tanecznych produkcjach, które wydają się pochodzić z najciemniejszych zakamarków getta.

Niezapomniane momenty
Frank Zappa dopytywał się kiedyś, co nowego w Baltimore, sugerując, że może powinien zagrać “zupełnie nowy akord”. Czyżby chodziło o dźwięk, który zabija? Wiele lat później, 50 Cent – artysta, który również słynie z subtelnej ironii i ciętego humoru – nakreślił w A Baltimore Love Thing ponury portret pary heroinistów, w którym bodaj najweselszymi słowami są “detox” i “rehab”. Atmosfery blasfemicznego diabelstwa dopełnia fakt, że w Baltimore żywota dokonał Edgar Allan Poe. Niektórzy, jak choćby wspomniany Waters, usiłują się jednak uśmiechać przez łzy: “Bez przerwy szukam w tym mieście inspiracji. Siedziałem na marmurowych schodach, obserwując buty przechodniów. Kiedy skoncentrowałem się na szczególnie niewiarygodnej parze białych butów w stylu go-go, ktoś z przejeżdżającego samochodu cisnął mi w twarz resztki chińskiego obiadu dla sześciu osób. Wyciskając sos sojowy z włosów, pomyślałem że życie w Baltimore jest błogosławieństwem i dostarcza wielu niezapomnianych momentów prawdy”.

Z rynsztoku
Za jedną z takich chwil możemy uznać również początek ubiegłego roku, kiedy to została wydana
kompilacja B-More Gutter Music, której tytuł odnosi się zarówno do specyfiki miasta, jak i do zawartej na płycie muzyki. Bo „gutter” to rynsztok – tutaj jednak rozumiany metaforycznie w odniesieniu do silnych prądów muzycznego podziemia Baltimore. Opatrzenie płyty takim tytułem przez jej autorów nie przyczyniło się bynajmniej do klapy przedsięwzięcia. Zainteresowali się nią, zresztą ze skrajnie zróżnicowanym entuzjazmem, odbiorcy ze wszystkich stron świata. Choć na przykład trzygwiazdkowa recenzja w “Guardianie” zarzucała płycie brak intelektualnej głębi: “MC's wydają się być zainteresowani przede wszystkim kwestią kobiecych tyłków, wykrzykując swoje mantry pośród niechlujnych breakbeatów, syntezatorowych klaksonów i napompowanych helem wokalnych sampli”.

Głęboki oddech… Zanurzenie
Faktycznie, osoby wrażliwe powinny zagłębić się raczej w teksty Bono, niż kiedykolwiek mieć do czynienia z wykonawcami spod znaku Baltimore Club. Stylistyka ta, określana niekiedy jako “nowy crunk”, ma jednak nieoczekiwanie dłuższą i bardziej zawiłą historię w porównaniu ze swoim południowym krewniakiem. W zależności od kontekstu i komentatora nazywa się ją “Baltimore Breaks”, “Baltimore House”, “Bmore”, “Doo Dew Beat”, czy nawet – co jest postrzegane w kręgach dinozaurów tamtejszej sceny jako zdecydowane nadużycie – “Club Crack”. Terminologiczny chaos opisuje szczególną, ukształtowaną na początku lat 90. ,lokalną fuzję surowego Chicago House, Miami Bass, waszyngtońskiej muzyki go-go, staromodnych breakbeatów w angielskim stylu, ska i hip hopu z domieszkami estetyki rave. Jeśli nie brzmi to wystarczająco idiotycznie i karkołomnie, to do sporządzonej w czarcim tyglu mieszanki należy koniecznie dodać cytaty z dobranocek, seriali telewizyjnych, strzępy starych rhytm'n'bluesowych szlagierów w wykonaniu Bo Diddleya i Raya Charlesa, i... wziąć głęboki oddech.

Strach, pot i uniesienie
Baltimore Club dokonuje magicznej transformacji wszystkich nieprzystających do siebie elementów w nader zgrabną całość, choć puryści mogą z pewnością wybrzydzać na toporny minimalizm i obsesyjną sprośność kawałków takich, jak choćby Bombin' Cock DJ-a Classa czy Shake Dat Ass DJ-a Boobie. Ale jak w opublikowanym w magazynie “Post Road” tekście Dlaczego Baltimore House jest nowym Dylanem? pisze tamtejszy autochton, Scott Seward: “Baltimore House to brzmienie wojny. Śmiercionośne, okrutne i wypełnione dziesiątkami tysięcy napięć domagających się twojej nieuwagi. Tak jak w przypadku dobrego folku czy muzyki bluesowej, można się zastanawiać, w jaki sposób taka prosta forma może być tak skuteczna. Ta gęsta mieszanka strachu, potu, uniesienia i maniakalnej perkusji jest dowodem na to, że coś może być stworzone z niczego. W dodatku, to nowo powstałe coś ma w sobie dawkę swingu, o jakiej nigdy nie będą mogły marzyć modne głuptasy kręcące do upadłego potencjometrami swoich wspaniałych maszynek”.

Tłusta plama
Należy wnosić, że większość fundatorów gatunku nigdy nie studiowała solfeżu, a Beethoven dzwoni im psem z przełęczy św. Bernarda. Tacy – aktywni zresztą do dziś – pionierzy, jak DJ Technics, Diamond K, Dukeyman, KW Griff, Jimmy Jones czy Rod Lee, kształtując nową formę, swoje producenckie szlify zdobywali w ogniu walk. Wśród przypisanych do Baltimore Club elementów konstrukcyjnych należy wymienić najczęściej występujący podział osiem na cztery i tempo około 130 bitów na minutę. Legenda głosi, że sample z breakami były najchętniej wyciągane z dwóch źródeł: rzadkiego singla Gaz Sing Sing, wydanego przez Salsoul w 1978 roku oraz siódemki Think, wyprodukowanej w 1964 roku przez Jamesa Browna dla wokalistki Lynn Collins. Ale w baltimorskich breakach chodzi przede wszystkim o inwencję i swobodę użycia sampli, a nie o ich pochodzenie. Można sobie wyobrazić zamieszanie, jakie ta anarchiczna postawa budzi wśród “czyścicieli sampli” w momencie wypływania Baltimore Club na szersze wody. To już nie, jak chce w swoim tekście Seward, “plamka mikrogatunku na radarze krajowej muzyki tanecznej”, lecz tłusta plama rynsztokowego hałasu pokrywająca najpierw chodnik, potem region, a wreszcie kontynent lub dwa.

W eter
Nie wpadajmy jednak w przedwczesny optymizm. Nie zapowiada się bowiem, że gorące mixtape'y z Baltimore będą dostępne w kiosku obok plakatów z Renatą Beger. Podobnie jak w przypadku tych ostatnich, czysto zresztą hipotetycznych dóbr, ich dostępność będzie przynajmniej przez pewien czas ograniczona do kręgów nałogowych poszukiwaczy i specjalistów. Wbrew pozorom, Baltimore Club nie przedostał się do świadomości amerykańskich słuchaczy “miejskiego” radia w takim samym stopniu jak teksański idiom „screwed and chopped”, kalifornijska odmiana crunku – hyphy, stylistyka “snap”, nie wspominając nawet o tak potężnie kulturowo zdeterminowanych zjawiskach jak portorykański reggaeton. Producenci twierdzą, że wsparcie ze strony lokalnych stacji radiowych jest minimalne. Podstawową formą obecności B-more są przede wszystkim kluby: The Paradox, Odells, Choices, legendarny Hammerjacks, czy zamknięty jakiś czas temu przez władze Club Mo's w Kingsville. Postacią zupełnie wyjątkową w działalności radiowej pozostaje ikoniczna dwudziestopięcioletnia didżejka K-Swift, znana też jako Club Queen i prowadząca w lokalnej stacji 92Q audycje z lokalnym hip hopem i najświeższymi klubowymi bangerami. Firmuje ona ponadto siedem wysokojakościowych mixtape'ów, na którym obok klasyków – Debonair Samira i Blaq Starr, można usłyszeć najświeższy narybek – efekt crossoveru pomiędzy Club i futurystycznym hip hopem – jak D.O.G., Deuce Tre Deuce, A-Maz-On czy Penny X. Fuzja trwa.

Tekst: Jacek Staniszewski