Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Ola Wasilkowska: Miejska potrzeba


W witrynie jej pracowni przy ulicy Ordynackiej już wkrótce pojawią się kwiaty. Trawa, pnącza i krzaki będą również elementem instalacji, którą zaplanowała dla centrum Warszawy. Uważa, że na biologicznie czynne elementy jest w mieście miejsce. Ma polski i francuski dyplom oraz sporo zapału. Miejską tkankę traktuje konceptualnie. Jej działania mieszczą się gdzieś między performance a śmiałym społecznikowskim projektem. Więcej o pomysłach Oli przeczytacie na www.olawasilkowska.com.

Strona internetowa, na której prezentujesz swoje projekty, jest wyjątkowa. Trochę chaotyczna i ciężka w obsłudze. Czasami znika…

I w projektowaniu, i w przestrzeni miejskiej jestem fanką pojęcia błędu. Pomysł na stronę, którą stworzyła dla mnie Joasia Jurczak, był prosty – miała wprowadzać konfuzję, nie być do końca czytelna. Obawiam się jednak, że ten błąd wymknął się spod kontroli (śmiech).

Ostatnio głośno o tym, że bierzesz na warsztat plac Konstytucji. O co chodzi?
Z Krzyśkiem Żwirblisem – artystą i kuratorem, współpracującym między innymi z Komuną Otwock – przygotowuję projekt Bezinteresowna przestrzeń miejska. Chcemy stworzyć otwartą dla wszystkich przestrzeń ekspresji społecznej, alternatywę dla punktów zbornych, takich jak centra handlowe. Myśleliśmy o architekturze wciągającej ciało. Powstała koncepcja instalacji, rodzaj ziemnej groty. Nasz projekt umiejscowiliśmy na placu Konstytucji, który jest obszarem dysfunkcyjnym – to forma zamknięta, pełna symetrii, wymyślona jako tło dla defilad. Dziś na osi defilady znajduje się parking, choć kiedyś planowano tam fontannę. Nie ma miejsca dla życia społecznego, ale wkrada się ono w postaci pączkujących straganów. Nasz projekt podnosi potencjał placu. Kolonizuje socową architekturę kolejną warstwą nowej tkanki.

Sztuczny bluszcz pokrył już filary w Alejach Jerozolimskich. Wszystkie szpetne fragmenty miasta będziemy teraz maskować ziemią i zielenią?

To nie jest tylko moda. Tego typu projekty odzwierciedlają większą potrzebę. Miasto, zarówno jako pojęcie, jak i jako tkanka, jest teraz przepracowywane na nowo. W krajach starej Europy i w Stanach widać już wyraźnie kryzys. Miasta rozpływają się, ludzie uciekają do małych domków na przedmieścia, rozrasta się infrastruktura. Ten efekt powoli ujawnia się również w Warszawie. Wielu filozofów, architektów i urbanistów zastanawia się, jak odpowiedzieć na to zjawisko. Bluszcz można odczytywać jako element nowego podejścia do tkanki miasta. Myśl o koegzystencji miasta i natury, niekiedy nieco spłaszczana, zamieniana przez artystów w powierzchowny gadżet czy „ekoalibi”, może stać się jednak zaczynem większej zmiany. Warszawa to dla ciebie superplastyczne tworzywo i architektoniczna inspiracja. A inne miasta? Wrocław jest modelowym ośrodkiem, niezwykle prężnym, dzieje się w nim mnóstwo ciekawych rzeczy. W stolicy dochodzi do schizofrenicznej sytuacji. Z jednej strony mamy duże pieniądze, z drugiej można mówić o pewnym fatalizmie obciążenia politycznego.

Twoje pomysły są bardzo różnorodne. Robisz projekty w wielu skalach. Nie tylko w Polsce.
Razem z moimi przyjaciółmi z Francji współtworzę grupę Meso*kolektyw. Wspólnie pracujemy nad programami związanymi z collective behaviour. Badamy, w jaki sposób zachowania zbiorowe czy logika tłumu mogą przekładać się na urbanistykę. W Zagrzebiu wykonaliśmy projekt MultiCity Disorder. Tytuł jest trawestacją nazwy jednostki chorobowej Multi Indentity Disorder, pluralizmu jaźni (odwołanie do traumy rozpadu Jugosławii). Nasz projekt opierał się na krytyce urbanistyki spajania. Chcieliśmy wyznaczyć ramy, które zapobiegną destrukcyjnym zjawiskom w urbanistyce, a resztę oddać samoorganizującej się, różnorodnej społeczności. Bardzo dobrym przykładem tego, że taka strategia działa, jest miasteczko wokół Stadionu Dziesięciolecia. Z lotu ptaka wygląda ono jak doskonała urbanistyka, widać świetnie zorganizowane uliczki i symbiozę różnych narodowości. To wszystko wyrosło samo. W ludziach mocno tkwi umiejętność samoorganizacji. Wystarczy zadbać o pewne ramy, a proces tworzenia się miasta odbywa się sam.

Jak konkretnie mogłaby wyglądać taka rama?
W 2005 r. opracowałam projekt strategii dla przestrzeni placu Defilad, Miasto Symbiotyczne. Moim pomysłem było stworzenie formy otwartej, kodu wzrostu, a nie hierarchicznego planu. Urbanista nie powinien narzucać, w którym miejscu należy odtwarzać Zielną czy Złotą, ale kontynuować realnie istniejące procesy. Stąd też określiłam proporcje funkcji i morfologię dopuszczalnej zabudowy. Na planie placu Defilad wyznaczyłam miejsca, które, jak uważam, już wytworzyły jakieś życie. Nie powinniśmy ich niszczyć, to już jest jakaś jakość. Jestem przeciwna efektom typu La Defence czy Canary Wharf, czyli wyjaławianiu miejscado ostatniej bakterii i stawianiu autorytarnej, czysto racjonalnej architektury.

Jesteś z Warszawy?

Tak, ale od kiedy wróciłam ze stypendium z Paryża, mam do Warszawy bardzo duży dystans. We Francji, która ma za sobą doświadczenie gett i miejskiej pustki, krytycznie patrzy się na totalitarne budowanie. Tam już nie ma czyszczenia przestrzeni, stawia się na heterogeniczność. Bo miasto jest jak ciało – jeśli wyczyścisz je ze wszystkiego, choruje.

Foto: Maciek Landsberg
Tekst: Anna Theiss