67
138

Sekta i Kosa
Kim jesteś? / Co masz na sobie? / Co cię rusza?
Sekta: Janek a.k.a Sekta. Współrganizator Sorry, Ghettoblaster, producent, didżej, ilustrator / Koszula Cheap Monday, spodnie Dr. Denim, buty Nike ID

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Pełna Sprzeczności



Głos Nikity Lalwani w radiu sprawia wrażenie, jakby należał do surowej brytyjskiej intelektualistki. W połàczeniu z jej wesołym usposobieniem i trochę nieśmiałą, acz urokliwą kobiecością daje efekt, który sama Nikita określiłaby z pewnością jako „impossible”. Ta kobieta zdaje się nosić w sobie wiele innych cech, które nieczęsto występują razem we wszechświecie: naukową dociekliwość z nostalgicznym sercem, hinduską otwartość z brytyjskim zdystansowaniem, godny filmowca zmysł postrzegania i pisarskie wyczulenie na słowo. Przy okazji promocji w Polsce jej debiutanckiej powieści zatytułowanej Utalentowana rozmawiamy z nią o tożsamości, rodzinnych egzorcyzmach i matematyce


Kim jesteś, Nikito? Brytyjką? Hinduską? A może Hinduską, która stała się Brytyjką?
W żadnym momencie swojego życia nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. To płynna część mojej tożsamości, która zależy od mojego samopoczucia, tego, gdzie się akurat znajduję, i otaczającego mnie politycznego klimatu. Historia moich związków z Indiami jest złożona: tam się urodziłam, przyjechałam do Anglii, mając zaledwie półtora roku, mówię w hindi. Zawsze interesowałam się tą kulturą – książkami, filmami, muzyką. W pewnym sensie jestem więc zarówno jej częścią, jak i podglądaczem. Staram się też bywać w Indiach raz na rok i czasami czuję się tam jak u siebie w domu, a kiedy indziej mam poczucie zmarginalizowania i dezorientacji. Podobne odczucia miewam zresztą w Wielkiej Brytanii. Kiedy dorastałam, byłam wielką fanką Indii, które od tego czasu bardzo się zmieniły. Moja książka między innymi traktuje właśnie o tym – o tęsknocie za wyidealizowaną wizją kraju i o tym, czym jest odziedziczenie takiej koncepcji.

Czy tamtejsze media traktują cię jak Hinduskę?
Nie. Postrzegają mnie jako „Non-Resident Indian” – niezamieszkałą w kraju obywatelkę. To szczególny status, który może być przekleństwem, ale i przekładać się na wsparcie i ciepło. Poszczególne media zapatrują się na fenomen Nikity Lalwani w rozmaity sposób. Ich stosunek do mnie to zarówno postawy, które dają się streścić w sformułowaniu: „To cudowne mieć jedną z naszych dziewczyn na światowej scenie”, jak i oburzone głosy w rodzaju: „Jak możesz pisać o Indiach w ten sposób?”, „Czy ty w ogóle jesteś Hinduską i rozumiesz, co tu się dzieje?”. Chociaż muszę podkreślić, że największą radość sprawiło mi to, że całe to zamieszanie wywołało znalezienie się Utalentowanej wśród kandydatów do Bookera. Nie musiałam nic wygrać, żeby na nie zasłużyć. Wydaje mi się, że chciałam zostać zaakceptowana w Indiach i sprawiło mi to dziecinną radość.

Czy dzięki temu masz poczucie przynależności?
Tak, i okazało się to dla mnie bardzo ważne. Dowodem na to historyjka z Delhi. Jako nastolatka często bywałam tam w pewnej dużej i dość znanej księgarni, gdzie książki sprzedaje się wprost z ulicy, rozłożone jak kobierzec na ziemi. Kupowałam na przykład Salmana Rushdiego za 50 centów. Podczas mojej ostatniej wizyty w Delhi weszłam tam i poprosiłam o własną książkę, na co sprzedawca odpowiedział, że już się wyprzedała, ale może pobiec do sklepu za rogiem i przynieść mi egzemplarz. Niesamowita, dziecinna satysfakcja! Znacznie intensywniejsza niż oglądanie swojej książki na półkach angielskich księgarni. Wkrótce mają się też ukazać przekłady Utalentowanej na hindi i marathi, dzięki czemu powieść dotrze do bardziej kluczowych czytelników. Bo ci czytający po angielsku nie stanowią mimo wszystko większości. Choć to z nich rekrutują się ludzie mediów.

Wspomniałaś o tęsknocie za wyidealizowaną wizją Indii. Jaki ich obraz sama odziedziczyłaś?
W czasie, kiedy dorastałam, nie znałam w Cardiff zbyt wielu dziewczyn z imigranckich, a raczej po prostu kolorowych rodzin. Wiedzieliśmy o sporej diasporze z Bangladeszu, ale nie byliśmy z nią zaznajomieni. A kiedy znajdujesz się na marginesie społeczeństwa, twoja reakcja może być dwojaka – albo odrzucasz swoje dziedzictwo, albo totalnie się w nie wkręcasz. Ja zrobiłam to drugie. W tych czasach nie było nas stać na to, żeby jeździć do Indii częściej niż raz na pięć lat, więc pomiędzy tymi wyczekiwanymi wyprawami mnóstwo się działo. Dojrzewałam. Część z tych doświadczeń wykorzystałam w postaci Rumiki Wasi. Rumi pierwszy raz jedzie do Indii, gdy ma osiem lat, wszystko wydaje się wtedy proste, bo jako słodka, niezagrażająca porządkowi dziewczynka idealnie wpasowuje się w oczekiwania. Za to kiedy przyjeżdża w wieku lat 14, jej przemiana w nastolatkę i burza hormonalna wszystko komplikują. Przede wszystkim jednak myślę, że tęsknota interesuje mnie dlatego, że sama jestem dość nostalgiczną osobą, która często zastanawia się, za czym właściwie tęskni. Za Indiami, których już nie ma? Czy też za swoją młodością? A może za relacjami z przyjaciółmi i rodziną z tamtego okresu, które bardzo się od tego czasu pozmieniały? Tęsknota jako koncept jest częścią mojej psychiki, być może odziedziczonej po mamie, która uwielbia opowiadać historie z przeszłości.

Rumika wydaje się karmiona indyjską kulturą na siłę. Czy w twoim przypadku wprowadzenie w dziedzictwo kraju rodziców przebiegało bardziej przyjaźnie?
Umówmy się – Utalentowana nie jest opowieścią o moim życiu. Głowa książkowej rodziny Wasi, Maheś, ma znacznie więcej problemów ze sobą, niż mieli moi rodzice. Opuścił Indie w traumatycznych okolicznościach i teraz zależy mu na tym, żeby pozostawić swój ślad w kraju, który wybrał sobie na dom. Nie chce być pasożytem, ale kimś cenionym i szanowanym. Izolując jednak rodzinę od ludzi z podobnym zapleczem, uniemożliwia jej naturalny dialog z własną przeszłością i kulturą. Rumi zaś jest zainteresowana Indiami, chce dowiedzieć się o nich jak najwięcej. Przepytuje więc swoją matkę, ale nie dostaje w zamian „przyjaznego” zestawu zasad życiowych. To dziedzictwo jej ciąży, a cieszyć może się nim tylko wtedy, gdy faktycznie do Indii wyjeżdża.

Twoja książka jest bardzo filmowa i zaraz po tym, jak pomyślałam, że przydałaby się ekranizacja, natknęłam się na informację, że prawa zostały już sprzedane. Kto przeniesie Utalentowaną na ekran?
BBC i Christine Langan, która kupiła do niej prawa. Była producentką Królowej Stephena Frearsa. Teraz, zdaje się, jest na etapie poszukiwań reżysera i reszty ekipy.

Kiedy możemy spodziewać się premiery filmowej?
Nie mam pojęcia! Ale wiem, że się nie spieszą. Pewnie chcą znaleźć dobrego scenarzystę. Nie chciałam sama się w to angażować mimo zawodowego zaplecza, bo mam wrażenie, że zdolność filmowego widzenia wykorzystałam już przy pisaniu. Być może mam za mało dystansu. Przydałby się ktoś, kto obdarzy tę historię nowym życiem.

Czy teraz utrzymujesz się już tylko z pisania? Rzuciłaś pracę dokumentalisty w BBC.
Tak, teraz zarabiam na życie, pisząc. To wielka zmiana, bo ten rodzaj pracy wymaga samotności. Ale przyzwyczaiłam się, że moimi jedynymi towarzyszami są mój laptop i iPod. (śmiech)

I twoja córka?
Tak, tak! Verushka ma teraz rok. Dziecko i książka wydarzyły się mniej więcej w tym samym czasie.

Czy obowiązki rodzicielskie i pisarskie nie wykluczają się nawzajem?
Na razie nie. Przez pierwszy rok jej życia zajmowałam się głównie dziennikarstwem, czyli małymi zamkniętymi projektami, bo nie chciałam zanurzać się od razu w kolejny powieściowy krajobraz. Ale właśnie zaczynam pracę nad nową książką. Znasz teorię Virginii Woolf na temat własnego pokoju, którego wymaga twórczość literacka? Jest tam też mowa o zapotrzebowaniu na przestrzeń mentalną. Moim udziałem były właśnie pewne pisarskie rytuały, które pozwalały mi wprowadzić się w nastrój sprzyjający pisaniu. Z nową książką, dzieckiem i odmiennym doświadczeniem zaczęłam odczuwać potrzebę wymyślenia sobie nowych. Ale połączenie obowiązków matki i pisarki nie jest dla mnie problematyczne. Jestem strasznie szczęśliwa, od kiedy Verushka się urodziła, co było pewnym zaskoczeniem.

Dlaczego?!

Bo czerpię z tego tyle radości! Ta sytuacja jest w o wiele większym stopniu źródłem szczęścia niż zamętu.

O czym będzie twoja nowa powieść?
Akcja osadzona jest w Indiach i w dalszym ciągu interesuje mnie moralność jako taka oraz proces, który sprawia, że przyjmujemy jakieś zasady jako obowiązujący zestaw wskazówek na życie. Ale niespecjalnie mogę zdradzić coś więcej.

Nie boisz się „syndromu drugiej książki”?
Nie, ponieważ myślę, że powieść, nad którą aktualnie pracuję, będzie się bardzo różniła od poprzedniej. Utalentowana była dzieckiem pewnej niewinności nierozerwalnie związanej z pierwszą powieścią. Swój debiut tworzysz, nie mając pojęcia o całej machinie, napędzając się marzeniem ujrzenia go kiedyś w druku. Ale tak naprawdę nie bardzo wierzysz, że ktoś to kiedykolwiek przeczyta i potraktuje jak „prawdziwą” książkę. Teraz utraciłam tę niewinność, ale nie czuję, że pisanie po sukcesie Utalentowanej jest jakoś szczególnie trudne, bo to dwa bardzo różne projekty. Tym razem chciałabym spróbować myśleć szerzej i zaatakować trochę nowych obszarów. Moje ambicje z nią związane sprawiają, że mam wrażenie, iż zaczynam od nowa, co bywa czasem frustrujące, bo niezapisana kartka zawsze straszy. Ale dużo pewności siebie dodało mi przyjęcie, z jakim spotkał się mój debiut.

Trzeba powiedzieć, że było ciepłe.
Proces wydawniczy też był bardzo interesujący. Daleko mi było do cynizmu, który wynika ze świadomości, że trzeba światu zaoferować coś, co się sprzeda, i że chodzi tylko o rynek oraz o wyczucie czasu. Ja po prostu napisałam i wysłałam swoją książkę, nie myśląc: „Och, żeby tylko świat o mnie usłyszał!”. Znaleźli się ludzie, którzy ją przeczytali, i rzecz nabrała własnego rozpędu. A mój agent sprzedał tę powieść, zanim nawet ujrzał mnie na oczy. W wydawnictwie nie wiedzieli, co konkretnie dostaną, nie mieli żadnych danych, by móc spekulować, jak wypadnę, jak wyglądam. Bardzo mi się spodobało, że postanowili po prostu lansować książkę. Wolałabym nie być postrzegana jako część produktu, który jest mniej lub bardziej opłacalny.

Jaka motywacja stała za napisaniem tej książki? Czy to alternatywna wersja twojej historii, egzorcyzmowanie niespełnionych marzeń, czy też wizja mająca na celu zasygnalizowanie szerszego problemu?
Chodziło o wszystkie te rzeczy po trochu. W pewnym sensie było to egzorcyzmowanie rodzinnych historii i próba wyciągnięcia z nich nauki. Przeniesiona, oczywiście, w kontekst innej rodziny, ale w końcu w literaturze pewne rzeczy celowo się uwypukla. Z drugiej strony jest to alternatywna historia mojego życia, ponieważ cudowne dzieci z bardzo różnym zapleczem zawsze mnie interesowały. A ponieważ emocjonalna esencja tej powieści pochodzi ode mnie, jest to historia ogólna i szczególna. Choć nie zamierzałam zawrzeć w niej politycznego przekazu dla szerszej publiczności. Jest w pewnym sensie polityczna, ale raczej na zasadzie efektu ubocznego opisywania takiej, a nie innej historii.

Ciekawiło mnie również, jak bardzo sama byłaś „utalentowana”.
Jako dziecko byłam dobra z matematyki – pewnie można mnie było nazwać utalentowaną. Lubiłam tę dziedzinę, ale mój tata nie ukierunkowywał mnie wcale na matematykę, choć oczywiście naszedobre stopnie były dla niego ważne. Nie chciał za to, żebym wyprzedzała swoich rówieśników lub była od nich odseparowana – zależało mu na zachowaniu równowagi. Mnie samą zaś geniusz fascynował. Oglądałam w telewizji dzieciaki, które miały szczególne matematyczne zdolności, i myślałam: „O, może sama bym tak mogła?”. Wydawały mi się bardziej atrakcyjne od gwiazd popkultury. Byłam w tym sensie strasznym geekiem, ale nie poszłam w tę stronę. Dziś wydaje mi się, że to, co mnie w tym wszystkim tak interesowało, sprowadzało się do odkrycia, że matematyka nie zna ograniczeń kulturowych. Jako że byłam trochę na marginesie – na bakier z mainstreamową brytyjską kulturą – nie wyłapywałam części tych specyficznych dla danej kultury haseł. Matematyka zaś w każdym kraju wyglądała tak samo. Ale ta faza przeszła mi w wieku 11 lat. (śmiech) Za to samo doświadczenie również wykorzystałam w książce.

Dlaczego ta dziedzina nauki ma w Indiach tak szczególny status? Powiedziałaś w którymś z wywiadów, że bycie dobrym z matematyki tam jest jak bycie uzdolnionym sportowcem w Wielkiej Brytanii.
Cóż, Indie zawsze miały z matematyką dużo wspólnego – wielu matematyków i wiele koncepcji pochodzi właśnie stamtąd. Jest tam też nauczana w inny sposób – szybko i naturalnie, jak język. Tutaj nauczyciele matematyki uznają ją za jakiś osobny byt. Zawsze uważałam podział na humanistów i wielbicieli przedmiotów ścisłych za sztuczny, czego dowodzi moja osobista historia. Po szkole zdałam do Oksfordu na medycynę, skąd wyrzucono mnie po roku – część z tej historii przedostała się do książki, ale miałam wtedy lat 18-19, nie 15 jak Rumi. Chciałam zajmować się medycyną, ale robiłam też maturę z angielskiego. Dlatego też w Oksfordzie większość czasu spędzałam, chodząc do teatru albo pisząc wiersze. Ale ten konflikt humanisty z umysłem ścisłym wciąż we mnie tkwi. Przyjaciele często zarzucają mi, że poszukuję nieistniejących naukowych odpowiedzi na pytania dotyczące ludzkich emocji.

A czy podobna historia do opisanej w Utalentowanej mogłaby zdarzyć się w Wielkiej Brytanii i dziś?
Tak, myślę, że dążenie do przyspieszonego uczenia się jest wciąż obecne. Wydaje mi się, że to pragnienie bycia widocznym i chęć wyprzedzenia innych o kilka lat czyni je tak interesującym. Wyobraź sobie te wahania: czy to, że jestem o tyle do przodu, wystarczy, bym poczuł(a) się bezpiecznie? Pochodzenie nie ma w tym przypadku znaczenia.

Ale dziś chyba musi być łatwiej odnieść sukces w kraju, który jest takim kolażem kultur i etniczności!

Jest rzeczywiście łatwiej, za to z zupełnie odmiennych powodów wokół osób pochodzenia azjatyckiego pojawił się nowy klimat nieufności. Na Wyspach pokutuje obecnie strach przed obcym – muzułmaninem, Hindusem – którym stać się może każdy. Przejawy tych tendencji widać na przykład w tym, kogo i dlaczego wpuszczamy dziś do kraju. Dzisiejsza nieufność przypomina trochę tę sprzed 20 lat, ale dziś cała historia sprowadza się do praw człowieka w kontekście węzłowych dat 11 września 2001 r. i 7 lipca 2005 r. Obecnie znów mamy do czynienia z dialogiem opartym na kolorze skóry i pochodzeniu etnicznym, a nie na wspólnym doświadczeniu kulturowym.

NIKITA LALWANI URODZIŁA SIĘ W RADŻASTANIE W INDIACH W 1973 R., WYCHOWYWAŁA W WALII. PRZEZ ROK STUDIOWAŁA MEDYCYNĘ W OKSFORDZIE, BY POTEM UZYSKAĆ TYTUŁ MAGISTRA Z KREATYWNEGO PISANIA NA UNIWERSYTECIE W BATH. ZANIM NA DOBRE ODDAŁA SIĘ PISANIU W UBIEGŁYM ROKU, PRACOWAŁA JAKO DZIENNIKARKA I DOKUMENTALISTKA W BBC. UTALENTOWANA, JEJ DEBIUTANCKA POWIEŚĆ, ZNALAZŁA SIĘ WŚRÓD KANDYDATÓW DO PRESTIŻOWEJ MAN BOOKER PRIZE (NA TZW. DŁUGIEJ LIŚCIE) ORAZ DO COSTA BOOK AWARDS DLA DEBIUTANTÓW. OPOWIADA HISTORIĘ RUMI WASI WYWODZĄCEJ SIĘ Z HINDUSKIEJ RODZINY MIESZKAJĄCEJ W CARDIFF. TALENT MATEMATYCZNY RUMI, OGROMNYMI NAKŁADAMI ROZWIJANY PRZEZ JEJ OJCA, STAJE SIĘ EKRANEM, NA KTÓRYM WYŚWIETLAJĄ SIĘ OSOBISTE KONFLIKTY, NIESPEŁNIONE MARZENIA I PROBLEMY Z DOOKREŚLENIEM TOŻSAMOŚCI – ZARÓWNO DOJRZEWAJĄCEJ DZIEWCZYNKI, JAK I JEJ POGUBIONYCH RODZICÓW. AKTUALNIE LALWANI PRACUJE NAD NASTĘPNĄ KSIĄŻKĄ. LUBI SIGUR RÓS, PATTI SMITH I POŁUDNIOWOINDYJSKIE CURRY W PÓŁNOCNO-ZACHODNIM LONDYNIE.
Tekst: Agata Michalak