60
121

Ania Nalecka
Kim jesteś? / Co masz na sobie? / Na co lecisz?
Tożsamość to teraz sexy temat / Chustę z Moskwy - prezent od Rafała, Pancernika (Potiomkina) z Allegro, ponoć jest srebrny, i odpowiedni procent czern

Co tydzien donosimy o nowych trendach w modzie, dizajnie i sztuce dobrego życia, zebranych z lokalnych i globalnych źródeł. Bądź na czasie.

Małgorzata Niemen - Aż pióra lecą

Pełna paradoksów. W pracy lubi pozować, w życiu woli obserwować. Raz melancholijna i poważna, innym razem chichocze jak mała dziewczynka. Dojrzała matka i oddana babcia, w wolnych chwilach wypisuje złote myśli do zeszytów. Seksowna, zarazem powściągliwa w sposobie bycia. Przed obiektywem staje się królową.

Najsłynniejsza polska modelka nigdy się nie spóźnia. Na zapoznawczą kawę do Bliklego przybiegła przed czasem, podobnie jak na wywiad. Pomysł, by na naszej sesji wystąpić w oryginalnych ubraniach z Mody Polskiej, projektu Jerzego Antkowiaka, przyjęła z entuzjazmem. Tak pisał o niej sam Antkowiak w książce pod obezwładniającym tytułem Sekrety modnych pań: „Tylko Małgosia Niemenowa wciąż ćwiczy pozy, ogląda żurnale, jak debiutantka uczy się nowego makijażu, choć mogłaby powiedzieć: Co mi tam, i tak jestem najlepsza. Po tylu latach potrafi się zamartwiać: Panie Jurku, znów się zgrałam. A ja na to: Brawo! Raz się zgrasz, innym razem nie dograsz. Chciałbym, żeby twoje koleżanki miały takie problemy. Małgosia jest moją największą gwiazdą. Ta dziewczyna ma osobowość i wciąż się rozwija”. Książka wyszła w 1993 roku. Dzisiaj Małgorzata
Niemen żurnale ogląda rzadko, nie stroi regularnie min przed lustrem. Chociaż lubi oglądać stare filmy, szczególnie te o Herkulesie Poirot, i nie przepada za sztuką konceptualną, stara się iść z duchem czasu. Robi to po swojemu: przewrotnie, z dystansem. Jak sama twierdzi, moda niespecjalnie ją dzisiaj zajmuje. W jej ustach brzmi to niczym prowokacja. Szczególnie, że świat mody wciąż interesuje się nią.

Hanna Rydlewska: Ciężko jest panią zguglować, pani Małgorzato. Strasznie mało krąży o pani informacji w sieci. Tak? Nieciekawe mam życie, po prostu.

H.R.: Teraz pani kokietuje. Nigdy nie lubiłam się narzucać. Nie mam parcia na szkło, jak to się teraz mówi. Nigdy o nic szczególnie nie zabiegałam. Jak było, tak było. Raczej płynęłam na fali. Fakt, że w wywiadach jestem powściągliwa, żeby zbyt dużo nie odsłonić.
Widzę, jak w pisemkach potrafią zmanipulować czyjeś wypowiedzi. Być może to jest moja podświadoma samoobrona, żeby za dużo i za często o sobie nie opowiadać. Trzeba coś zachować dla siebie. Nie można całego swojego życia prywatnego wystawiać na

Agata Nowicka: Mogłaby pani prowadzić swoją stronę. Dzisiaj wszyscy tak robią. Ale co ja bym tam miała pokazywać? Publikować swoje zdjęcia?

A.N.: Zdjęcia, wywiady... Mogłaby pani prowadzić bloga. Krystyna Janda prowadzi i jest bardzo popularny, wydała na jego podstawie już dwie książki. Nie wiedziałam. Blogi na ogół mają ludzie, którzy zawdzięczają swoje publiczne być albo nie być temu, co sami osiągnęli. A ja? To, że mam paszczę jaką mam, zawdzięczam temu Wyższemu czy moim rodzicom. To nie jest moja zasługa, że dzięki niej gdzieś tam zafunkcjonowałam. Dopiero z dalszych życiowych wyborów mogę być bardziej zadowolona. Starałam się zawsze kojarzyć z modą, nawet kiedy występowałam w reklamach, segregowałam propozycje pod tym kątem. Moda i kosmetyki – tak, kawa i sejfy – nie. Instynktownie wybierałam zawsze świat kobiecy. Co do stron, to w dużej mierze powstają one z próżności, ale i rozsądku. Może kiedyś założę stronę ze swoimi obrazami?

A.N.: Podobne strony spełniają też funkcję autobiograficzną. Wydaje mi się, że nie jestem aż tak interesującą osobą, żeby swoje wywody przelewać na plazmę. Tylu ludzi mówi naokoło i na okrągło. Po co zawracać głowę innym. Ponadto, na prowadzenie bloga trzeba mieć sporo czasu. Ja ostatnio jestem dość zaabsorbowana sprawami Czesława, a i wnuki też czasem „domagają’’ się babci.
 
H.R.: Ma pani skłonność do poświęceń? Nie nazwałabym tego poświęcaniem się. To bardziej rodzaj odpowiedzialności – skoro jestem matką, byłam żoną, to wiążą się z tym określone konsekwencje, w większości bardzo przyjemne. Trudno jest mówić o sobie obiektywnie. Spod jakiego pani jest znaku?



H.R.: (śmiech) Barana.
A pani?

A.N.: Ja jestem Wodnikiem. To tak jak ja. Czesław też był Wodnikiem. Wodniki to marzyciele, skłonni w życiu do kompromisów. Wracając do poświęcenia... Moja mama była pielęgniarką i bardzo mi pomagała przy dzieciach. Często jej mówiłam: głupio mi, że tyle dla mnie robisz. Ona zawsze się obruszała, podkreślała, że to normalne, że dla niej to sama przyjemność. Ja, chyba za przykładem mamy, chętnie pomagam przy wnukach. I choć nie czuję się cierpiętnicą, to mam do siebie czasem pretensje o nieumiejętność poświęcenia większej uwagi sobie.

A.N.: Kiedy ostatni raz była pani silną Małgorzatą, królową Małgorzatą? Na pewno na pokazach mody, na sesjach zdjęciowych. Jeżeli robimy to, co lubimy, jesteśmy w naszym ukochanym światku, czujemy się mocni.

H.R.: To ciekawe, że w życiu lubi pani chować się w cieniu, a jednocześnie świetnie czuje się pani na wybiegu, przed obiektywem, gdy jest pani w centrum uwagi. Faktycznie to jakaś dwoistość. Podczas sesji całe zamieszanie wokół mojej osoby mi nie przeszkadza. Podobno nieźle mi wtedy idzie (śmiech).

H.R.: „Nieźle” to eufemizm. Chyba instynktownie czuję modę. Często mój udział w sesjach wykraczał poza pozowanie. Pamiętam, jak w Modzie Polskiej przed nową kolekcją odbywał się dobór dodatków. Było mi miło, że czasami moje sugestie, które podrzucałam na przykład panu Antkowiakowi, były uwzględniane. Tym bardziej, że modelka miała przecież wyłącznie stać i czekać, aż udrapują na niej ciuchy. Pamiętam, była taka czarna wieczorowa suknia... Pan Jurek miał dwie aksamitne kokardki i zastanawiał się gdzie można by je upiąć. Suknia miała dopasowane, długie rękawy, więc powiedziałam: panie Jurku, może przy rękawach? Pomysł bardzo mu się spodobał. Mógłby się unieść ambicją, ale tego nie zrobił.

A.N.: Podobno była pani modelką, stylistką i makijażystką w jednej osobie. Dzwonił do mnie Janusz Sobolewski i mówił: słuchaj, mam płaszcze. Ja pytałam: jesień, zima, wiosna? I szłam na zdjęcia z torbami własnych rzeczy. Wszystkie dziewczyny tak funkcjonowały. Patrzyłam najpierw na taki zestaw płaszczy i szukałam wspólnego mianownika, potem, według własnego gustu, dobierałam berety, apaszki, kapelusze. Wciskałam denko albo wybijałam, jak u Chaplina. Sama wymyślałam, jaki powinnam mieć wyraz twarzy. Odmienny styl pracy poznałam podczas sesji dla włoskiego pisma „Moda’’ z Florencji. W każdym numerze pokazywana była moda na tle zabytków różnych krajów. Za którymś razem padło na Wawel. Razem z modelką z Austrii wstawałyśmy o nieludzkiej porze, bo o 6 rano, i tu zaczynało się to nowe doświadczenie – byłam malowana, czesana, nie musiałam się nad niczym głowić. Nawet kiedy sama chciałam pomalować paznokcie, makijażystka Stefania mówiła: no, no i wyręczała mnie. Zaskoczeniem było też dla mnie to, że fotograf robił polaroidy. Od razu widział kadr, światło. Pamiętam, że był niezadowolony z pozowania modelki austriackiej i na jej oczach przerywał polarid na pół i część z nią ostentacyjnie wyrzucał, a część ze mną odkładał. Może chciał w ten sposób trochę więcej z niej wykrzesać? Niesamowite było też to, że fotograf robił dużo zdjęć, nie troszcząc się o ilość zużytych filmów. Zdarzało się, że jego polski kolega miał tylko trzy klatki na ujęcie, bo redakcja przydzieliła ograniczoną ilość filmów.

H.R.: Może taka sytuacja dyscyplinowała fotografów i wychodziły lepsze zdjęcia? Pewnie tak. I modelka, i fotograf spinali się, żeby przy tych wszystkich ograniczeniach zrobić dzieło sztuki.

H.R.: To dziwne, bo gdy dzisiaj ogląda się te zdjęcia, wciąż robią wrażenie. Podobają się wam, naprawdę?



A.N.: Jakiś czas temu trafiliśmy na stronę Janusza Sobolewskiego i zachwycaliśmy się jego zdjęciami. One nadal wyglądają bardzo dobrze. Niebywałe, że trafiają do młodych osób.

A.N.: Musi pani pamiętać, że my wychowałyśmy się na pani wizerunku. Przemysł modowy w PRL-u nie działał na wielką skalę, liczących się modelek było kilka. Pani jest właściwie jedyną, która wciąż występuje i chodzi w pokazach. Jakoś tak wyszło. Jest jeszcze Kasia Butowtt.

H.R.: Ta estetyka, o której mówimy, podoba się ludziom w naszym wieku. Starsze pokolenie z kolei się jej wstydzi. W wysokonakładowych pismach dominuje glamour, my podniecamy się tamtą modą, naturalnym klimatem, nawet siermiężnością. Pańciowate gazety przeładowane są plastikiem, wypucowanymi zdjęciami. Sama coraz częściej z zainteresowaniem sięgam do pism, które nie lukrują, poszukują innej stylistyki.

A.N.: Jak dziewczyny w tamtych czasach zdobywały kapelusze, paski i inne dodatki?
Największą bolączką były rajstopy. Wszystkie z koleżankami się trzęsłyśmy, żeby nie podrzeć rajstop podczas pokazu. W Modzie był ten luksus, że na główne pokazy dostawałyśmy rajstopy, ale też trzeba było uważać. Jeśli jakieś zaciągnęło sie zamkiem, trzeba było prosić panie garderobiane o kolejne. Zachwycone nie były, ale dawały. Kiedy już można było jeździć do NRD – Moda Polska raz na pół roku jeździła do Lipska na prezentacje kolekcji – przywoziłyśmy buty Salamandry, które potem „grały’’ również na zdjęciach. Ale, nie oszukujmy się, to było ścibolenie. Więc tym fajniej, że mówicie, że to dzisiaj żre.

A.N.: Te ubrania i sesje wcale się nie zestarzały, bo są oparte na klasyce. Uderza to tym bardziej, że współczesna moda ma bardzo krótki termin przydatności do spożycia.

H.R.: Pani wspomniała jednak na naszym zapoznawczym spotkaniu, że wcale nie interesuje się modą.
Od jakiegoś czasu nie śledzę systematycznie tendencji. Jako młoda dziewczyna bardziej ulegałam presji mody. Kiedyś trendy traktowało się dosłownie i przestrzegało ich bez wyjątku – jak były modne mini, nosiły je wszystkie dziewczyny, nawet jeśli ich nogi nie olśniewały. Dzisiaj można mieszać, czerpać z mody to, w czym wygląda się korzystnie. Nie mam też takiej motywacji, żeby wymieniać sobie co pół roku zawartość szafy, przeszło mi już...

H.R.: Kiedy dokładnie? Myślę, że to nastąpiło wtedy, gdy przestałam się udzielać, chodzić w wielu pokazach. Wcześniej czasem się stylizowałam, dbałam o modne detale. Uwielbiałam szarości, taki szarobury styl. W sklepie z ochronnymi ubraniami kupiłam sobie na przykład robotniczy garniturek. Nosiłam duże spodnie na szelkach albo płaszcz w szarą jodełkę z raglanowymi ramionami. Przyszłam w nim raz na jakąś próbę, na głowie szara gawroszka, i kolega mnie nieźle podsumował: wiesz co, Niemenka, ty to wyglądasz jak córka stróża i pajęczycy (śmiech).

A.N.: Lansowała pani po prostu modę awangardową. Przywiozłam sobie kiedyś z Włoch sukienkę, która była awangardowa. Długie szelki, luzy wokół bioder, wielkie kieszenie. Zakładałam ją na białą koszulę. Właściwie nigdy nie przepadałam za kobiecym stylem ubierania się. Teraz też nie lubię tych sukieneczek, zwiewnych i przesłodzonych. Wolę inny dizajn: szerokie biodrówki, wpuszczona w spodnie koszula, płaskie buty. Reni Jusis się czasami tak fajnie stylizuje. Chodzi mi o dekonstrukcję w ciuchu. Pamiętam, jak wiele lat temu zaistnieli na rynku Japończycy, Kenzo i Miyake, byłam zachwycona, że nagle powstają rzeczy tak inne, połamane. Usiłowałam naśladować japoński styl swoimi skromnymi środkami. Mam zdjęcie z lat 80., na którym pozuję w marynarce. Zapięłam guzik na niewłaściwą dziurkę, żeby materiał się połamał.

A.N.: My mieliśmy Bernarda Forda Hanaokę. Chodziła pani u niego? Nie, chociaż on przez pewien czas współpracował z Czesławem. Ale Bernard przeważnie robił męskie kolekcje. Ja na swój sposób eksperymentowłam. Zakładałam na przykład koszulę przodem do tyłu, to super wyglądało.



H.R.: Ubierała się tak pani na co dzień? Nie, nie lubię się wyróżniać w życiu prywatnym. Wolę obserwować ludzi z bezpiecznej odległości. A ludzie patrzą na mnie i tak... Ostatnio poszłam zreperować okulary do optyka przy Placu Wilsona. Zobaczył mnie tam jakiś starszy, szpakowaty pan. Z kimś rozmawiał, ale cały czas zerkał na mnie kokieteryjnie. W końcu podszedł i zapytał: przepraszam, czy pani Małgorzata Niemen? Ja stałam w burej kapocie, w berecie, robiłam wszystko, żeby nikt mnie nie poznał. Przytaknęłam niechętnie. Pan powiedział tylko: szlachetność rysów wszędzie rozpoznam. To było miłe, ale zawsze w takich sytuacjach się peszę.

H.R.: Kiedy oglądam stare fotografie, przedstawiające panią z mężem, myślę sobie, że wręcz przeciwnie, że pani uwielbia się wyróżniać. Kolorowe ubrania, zawadiackie miny...

A.N.: Muszę zadać to pytanie: czy Czesław Niemen zerkał na modę? Trochę, chociaż właściwie kierował się swoim gustem. Bernard od czasu do czasu go ubierał. Czesław od zarania czuł potrzebę wyrażenia siebie, nie tylko poprzez muzykę, ale również strój. Bywał pionierem trendów – spodnie w paski, koszula w kwiatki. Swoimi ubraniami manifestował: jestem taki, jaki jestem, nie dopasuję się do nikogo, nie wbiję się w uniform. Myślę, że z wiekiem nabrał dystansu do mody. Czasem, gdy kupiłam jakiś ciuch, mówiłam: zobacz jakie fajne, to teraz jest modne... A on odpowiadał: i co z tego, że jest modne? Bywał przekorny.

H.R.: Jak żyła bohema PRL-u? Impreza za imprezą, modne wernisaże, koncerty? Czesław nie przepadał za imprezowaniem. Przez to, że był Wodnikiem, był osobą raczej do wewnątrz. Wodniki żyją na swojej planecie, bujają w obłokach.

A.N.: Bujaliście w tych obłokach razem, jako para Wodników? Wiadomo, że któreś z nas musiało bardziej zajmować się przyziemnymi sprawami. Kontrolować, czy rachunki są zapłacone, czy lodówka jest pełna. W tej parze byłam to ja. Zawsze starałam się jednak znaleźć czas na to, żeby podumać, pomalować. Paradoksalnie, cudownie mi się malowało, gdy mieszkaliśmy z dziewczynkami w dwudziestometrowej kawalerce. Dzieci spały, zapalałam wieczorem lampę na biurku, wyjmowałam kredki, farby. Czesław zachęcał mnie, wspierał przed pierwszą wystawą, którą miałam w Piotrkowie Trybunalskim. Ja miałam wątpliwości, myślałam, że skoro nie zdałam do liceum plastycznego, do końca życia będę rysować do szuflady. On przekonywał: nieważny papier, liczą się umiejętności. Dzisiaj trochę moich prac wisi u ludzi w mieszkaniach. Mam nadzieję, że nie dlatego, że jestem modelką.

H.R.: Oblanie egzaminu podkopało wiarę w siebie? Zapadło w pamięć. Miałam zadanie wyrzeźbić kosiarza w ruchu. Dostałam czwórkę, co nie jest złym stopniem. Z rysunku dostałam trójkę. Po tym, jak oblałam, poszłam do wieczorowej szkoły dla pracujących, żeby nie tracić czasu. Tutaj zaczyna się wątek, jak z Przypadku Kieślowskiego. Kto wie, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym zdała do tych Łazienek. Nie byłabym w tym miejscu, w którym teraz jestem. Przez to, że poszłam do wieczorówki, poznałam Zosię, która była gońcem na Chełmskiej, w wytwórni filmowej. Zaprzyjaźniłyśmy się. Pewnego razu zaproponowała mi, żebym zatrudniła się jako goniec w Wielkiej miłości Balzaka, akurat zwolniło się miejsce. Pracowałam dwa czy trzy miesiące, trochę statystowałam. Wspominam to jako wielką przygodę – stylowe suknie, piękne dekoracje, wielcy aktorzy... kiedyś poszłam po kawę dla kierownika, stałam w kolejce do bufetu i podszedł do mnie dziś już nieżyjący operator, Stanisław Latałło. Mówi: słuchaj, jest tu projektantka Grażyna Hasse, ona by chciała z tobą porozmawiać, bo jej się spodobałaś. Zgodziłam się, podeszłam do stolika, przy którym siedziało kilka osob. Miałam 17 lat, a wtedy większość modelek była około trzydziestki. Taka chudzina byłam... I z pępkiem na wierzchu.

A.N.: Chodziła pani z pępkiem na wierzchu? No, może z pępkiem to za dużo powiedziane, ale jak na tamten czas, to dośc odważnie. Chodziłam z trochę odkrytym brzuchem, ale ze zwieszoną głową. Podczas pierwszego pokazu dla Cory Grażyna cały czas mi mówiła, żebym podniosła brodę do góry. A ja się wstydziłam. Takie były początki.
A potem miary, sesje i jakoś to się potoczyło.

A.N.: Powiedziała pani wcześniej, że mało imprezowaliście z mężem. Jakoś trudno uwierzyć nam w to, że jedna z najbardziej wyrazistych polskich modelek i żona charyzmatycznego, bardzo znanego muzyka, siedziała wieczorami w domu. Pani gotująca kaszki i Czesław Niemen w kapciach, na kanapie... Odmawiam, nie wierzę. Nie mieliśmy takich charakterów, żeby prowadzić szczególnie szalony tryb życia. To znaczące, że gdy dzisiaj ktoś wspomina Czesława, nie ma w tych wspomnieniach typowo rockandrollowych ekscesów. Nawet jego koledzy mówią, że był raczej niepijący. Może ja byłam bardziej zabawowa, przez to, że miałam ekscentryczne koleżanki i kolegów.

A.N.: Poznaliście się z Czesławem w klubie, prawda? ... Tak.

A.N.: Rozumiem, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy byliście razem w klubie. (śmiech) Kiedy go poznałam, miałam głowę nabitą stereotypami, dotyczącymi muzyków rockowych. Myślałam, że każdy muzyk to stary wyjadacz, podrywacz, zabawowy, aż pióra lecą. Tym bardziej zdziwił mnie przy pierwszym kontakcie z Czesławem jego spokój, umiarkowanie w rozmowie. Podejrzewałam nawet, że to poza. Przedstawiła nas sobie Grażyna Hasse. Po pokazie poszłyśmy z dziewczynami do Remontu, Czesław też tam był, chyba przyszedł po nagrywaniu muzyki do Dziewczyn do wzięcia. Od razu poczułam, że emanuje od niego coś fajnego, ale byłam nieufna.

H.R.: Pamięta pani waszą pierwszą rozmowę? Przychodzi mi na myśl taka scena... Tuż po tym, jak się poznaliśmy, poszłam do drugiej sali, żeby pograć na jakichś maszynach, to były chyba piłkarzyki. Zaczęłam się nimi bawić, ale kątem oka zauważyłam, że Czesław poszedł za mną...

A.N. i H.R.: Ooo, wszystko jasne! A ja byłam w buntowniczym nastroju, programowo go ignorowałam. Niech sobie nie myśli, że kolejna się nabierze na jego sztuczki – tak sobie powtarzałam. O czymś zaczęliśmy jednak rozmawiać, potem tańczyć. I wtedy wymiękłam. Po prostu się zapadłam i wyczułam, że to nie jest żadna poza, że to musi być fajny człowiek. Ludzie oceniają takie relacje bardzo powierzchownie: modelka i muzyk...

H.R.: Wszystkie modelki wychodzą za muzyków. (śmiech) Kiedyś zastanawiałam się nawet, co mnie bardziej zaintrygowało, czy człowiek, czy muzyk. I zdecydowanie jednak człowiek. Zwłaszcza, że muzyka Niemena była mi wtedy odległa. Skłaniałam się bardziej ku lekkiej muzie: Czerwone Gitary, Trubadurzy... A Czesław był już wtedy bardziej awangardowy, w stylu Płonącej stodoły. Mam do dzisiaj zeszyt, w którym wypisywałam nazwy zespołów. Wam to jest zapewne obce, ale w tamtych czasach była taka moda. Kolorowymi literkami wypisywałam „Stan Borys” albo „Kasia Sobczyk”. A Niemen był nabazgrany gdzieś w rogu. Bardziej przyciągało mnie więc jego wnętrze, jakaś tajemnica. Dzisiaj potwierdzają to jego fanki, często już panie na emeryturze. Mówią, że się w nim kochały, że wokół Niemena zawsze było coś mistycznego. Jedna z nich powiedziała ostatnio: w Boga nie wierzę, ale Niemenowi wierzyłam. Z kolei jakiś fan wyznał mi, że przebywanie z Czesławem było jak uniwersytet.



A.N.: Nie miała pani problemu z szalejącymi, zakochanymi fankami? Kiedy pierwszy raz odwiedziłam Czesława, przeżyłam szok. Jechało się do niego windą i ona cała była upstrzona wyznaniami w rodzaju „Czesław kocham cię”. Żałuję, że nikt nie zrobił temu zdjęcia.

H.R.: Jak się pani czuła, czytając takie wyznania? Mnie to nigdy specjalnie nie imponowało. To znaczy myślałam sobie: ojej, ale fajnie. I nic więcej. Pod domem Czesława stała ławka i na niej dzień w dzień siedziała jedna lub dwie dziewczyny, wpatrując się w jego okna. Czasem przejeżdżaliśmy z Czesławem obok, dziewczyny nam się przyglądały, a mnie było głupio, że ja jestem tu, a one tam.

H.R.: Mieliście jakieś swoje zamknięte towarzystwo? Niewielką grupkę przyjaciół, z którymi się często spotykaliśmy u dziennikarki Krysi Tarasiewicz. Przychodzili Magda i Wojtek Klemm, Karolina i Chris Niedenthal. W ich towarzystwie Czesław czuł się dobrze. Natomiast po odejściu Czesława pojawiło się mnóstwo „przyjaciół”, ludzi, o których nigdy sama bym tak nie powiedziała, a którzy swoim zachowaniem nierzadko mnie zaskakują. Wolę nie rozwijać tematu, te osoby wiedzą, o czym mówię.

A.N.: Jeździła pani za Czesławem na koncerty? Tak, szczególnie w pierwszej fazie uniesień. Bywałam też na próbach, po których zostały mi szkice. Niedawno Polskie Radio wydało Potencjometry, utwór nagrany w Riwierze Remont 30 lat temu. W książeczce dołączonej do płyty – 41 Potencjometrów Pana Jana – wydrukowano moje szkice. Wciąż
mi się podobają. Jest też nasze zdjęcie, które zrobił Leopold Dzikowski. Nawiązujecie cały czas do bohemy, a my na tym zdjęciu wyglądamy dosyć bohemiarsko.

H.R.: My tak drążymy wątek imprez i PRL-owskiej cyganerii, bo nasze wyobrażenie o tym czasie naprawdę jest mgliste. To garść stereotypów i haseł, typu SPATiF. Czym różniło się tamto życie towarzyskie od dzisiejszego? Na pewno nie było wtedy narkotyków. Piło się raczej wódkę. Więcej imprez zaliczyłam w gronie modowym niż muzycznym. Bywało, że po pokazie chodziliśmy gdzieś razem. Były tańce, winko, dowcipy, ploteczki. Po klubach chodziło się mało, przede wszystkim do Remontu, no i na domowe spotkania.

H.R.: Panowie w ciemnych garniturach was nie nachodzili? Dlaczego oni mieliby przychodzić?

A.N.: Wielu artystów się na to skarżyło. Byliście jednak niebezpiecznym środowiskiem dla tamtego systemu: wolnomyśliciele, przełamujący obowiązujące wzorce, kojarzący się z zachodnim stylem życia, który wówczas był napiętnowany... Dzisiaj już wiem, że pewne służby starały się inwigilować artystów, wykorzystywać ich do niecnych celów. Ja miałam to szczęście, że sama się z tym nie zetknęłam. Dopiero w 1981 roku zdałam sobie sprawę, jaka jest skala politycznych manipulacji w Polsce. Czesław został wtedy uwikłany w Dziennik Telewizyjny. Artyści, którzy się w nim wtedy pojawiali, byli bojkotowani w towarzystwie. Otóż pod koniec listopada Czesław nagrał kolędy do programu telewizyjnego; dograna też została zapowiedź programu, w ramach której pani Barbara Pietkiewicz rozmawiała z Czesławem na temat świąt. Fragment tej zapowiedzi został bez uprzedzenia puszczony w Dzienniku, już w stanie wojennym. Wyszło na to, że Niemen współpracuje z wojskiem. Czesław potwornie to odchorował. Niektórzy odwrócili się od niego, nie prosząc nawet o wyjaśnienia.



A.N.: To był taki pojedynczy epizod? Niestety takie rzeczy postępują lawinowo. Zdarzyło się, że Czesław pojechał grać koncerty (dużo wcześniej przygotowywane) za granicę i środowisko polonijne napiętnowało go jako tego, który wystąpił w Dzienniku.

A.N.: Wolno wam było wyjeżdżać za granicę? Ja z Modą Polską jedziłam do NRD. Natomiast artyści, którzy współpracowali z Pagartem, w tym Czesław, jeździli również na Zachód.

H.R.: To był taki wentyl bezpieczeństwa? Myślę, że chodziło o to, żeby pokazać, że za Żelazną Kurtyną też funkcjonują wspaniali artyści. To była manifestacja, że komunizm nie jest wcale taki zły. Musicie wiedzieć, że w tamtym czasie nikt nie podejrzewał, że sytuacja polityczna może się zmienić. Podziwiam Herberta, który całe życie trzymał się na uboczu, nie poklepywał nikogo po plecach. Miał swoje zdanie na temat systemu. Większość ludzi też miała, ale wychodziła z założenia, że trzeba żyć i działać w zaistniałych realiach.

A.N.: O Kantorze tak się mówi, że był naczelnym artystą PRL-u. Wolno było mu jeździć na Zachód, tam podpatrywać aktualne trendy, a potem kopiować je na polski grunt jako własne.

H.R.: A Maryla Rodowicz? O niej też się mówi, że była pierwszą damą czerwonej estrady.
Tak można powiedzieć o wielu ludziach, którzy tworzyli w tamtym okresie. Nie wiem, czy to sprawiedliwe.

H.R.: Pani mężowi ktoś zarzuca dzisiaj konformizm? Nie. Czesław miał naprawdę pod górkę. Jak chciał wystąpić z krzyżykiem na szyi, to nie było mu wolno. Gdzieś w domu trzymam telegram z Czechosłowacji: „Jeżeli Niemen będzie miał krzyż, nie będzie mógł
u nas zaśpiewać”. Teraz pojawiło się parę książek na temat Czesława, z których dowiaduję się dziwnych rzeczy. W jednej z nich redaktor muzyczny pisze, że władza ludowa dała Niemenowi mieszkanie. Z tego, co wiem, było inaczej: Czesław latami załatwiał mieszkanie, miał z tym problemy, kupił ją za własne pieniądze.

H.R.: Słucha pani często muzyki męża? Staram się jak najmniej, bo wciąż mnie to boli, od razu mam gulę w gardle. Z obowiązku czasami słucham, bo zajmuję się jego sprawami, przesłuchuję różne wersje nagrań.

H.R.: To czego pani słucha w samotności? Bardzo lubię zachrypiałych facetów, na przykład Toma Waitsa. W jego głosie jest ból i życiowe doświadczenie.

H.R.: A współczesna polska muzyka? Wybieram rozkołysane rytmy. Podoba mi się muzyka Sistars, to bardzo utalentowane dziewczyny. Ubolewam tylko, że są takie anglo. Ale po polsku też ładne niuansiki stosują. Świetny jest Piotr Cugowski. Jego wokal podobał się Czesławowi, który zwykle był bardzo krytyczny.

A.N.: Pewnie przyjdzie taki moment, że ktoś będzie chciał zrealizować film o Czesławie Niemenie. Teraz panuje moda na kino muzyczne. Wyobraża sobie pani, kto mógłby taki film zrealizować? Ma pani swój dream team? Odpowiada mi rodzaj wrażliwości, który reprezentuje Krzysztof Krauze, autor świetnego Nikifora. Może on mógłby wyreżyserować taki film? Nie wiem, przyznam, że nie zastanawiałam się nad tym za bardzo, ale Czesław był taką osobowością, że zasługuje na to, by go uwiecznić. Już dzisiaj wiem, że z człowieka nic nie zostaje, tylko jego twórczość, jego zdjęcia. Film byłby dodatkowym sposobem na to, by zatrzymać Czesława dla innych.

H.R.: Jest jednak pewne niebezpieczeństwo, związane z filmami o charyzmatycznych muzykach. Widziała pani film Skazany na bluesa? Nie sądzi pani, że on przedstawiał Riedla w dosyć płaski sposób? Niedawno widziałam ten film. Nie znałam lidera Dżemu, trudno mi się na ten temat wypowiadać. Bez wątpienia Kott cudownie zagrał. Nie wiem tylko, czy środek ciężkości w filmie jest właściwy, czy sprawa narkotyków nie jest wyolbrzymiona. Jeśli chodzi o film o Czesławie, ważny byłby – moim zdaniem – wątek wschodni. To, jak rodzina Wydrzyckich z Polski wracała do Polski. Ludzie z tamtych stron mają w sobie jakąś taką dobroć i łagodność. Są też zahartowani przez życie. Na Wschodzie żyło się ciężko i biednie – każdy polegał sam na sobie. Może stąd wynikała niezależność Czesława. Myślę, że on mi ją zaszczepił. Czasem przytaczał również powiedzenie swojego ojca: nie umiesz czegoś, więc to rób.

H.R.: Pani się nie poddaje? Staram się iść przez życie wyprostowana.

 

Tekst: Agata Nowicka & Hanna Rydlewska ... Foto: Zuza Krajewska & Bartek Wieczorek / Photo-shop.pl