
Po dwóch latach nieobecności, na polski rynek wraca Transmetropolitan, jeden z najlepszych, najbardziej niepokornych i wybuchowych komiksów science-fiction w historii gatunku. Oprócz niego regularnie ukazują się dwie, dosyć wizjonerskie w swoim gatunku, serie o superbohaterach – Authority i Planetary. Chyba najwyższy czas, abyście dowiedzieli się, kim jest ich autor – Warren Ellis.
Dwóch głównych bohaterów Authority, Apollo i Midnighter – swego rodzaju parodie Supermana i Batmana – są ekskochankami, którzy muszą obecnie walczyć w jednej drużynie przeciwko złu. Spider Jerusalem, główny bohater Transmetropolitan, jest niezrównoważonym psychicznie dziennikarzem i narkomanem, żyjącym w futurystycznej dystopii, w której powszechnością jest inżynieria genetyczna, produkty z ludzkiego mięsa czy infekujące sen reklamy. Bohater Desolation Jones jest ofiarą eksperymentu, w ramach którego spędził rok przykuty do fotela i pozbawiony snu, a jednocześnie tajnym agentem i mordercą na zlecenie, który w wyniku badań stracił jakąkolwiek empatię. Żeby nie było – jego zadaniem jest odzyskanie zaginionych filmów pornograficznych z udziałem Adolfa Hitlera. – Jakieś dwie sekundy po tym, jak wynaleziono pornografię, zaczęto ją robić na domowy użytek – tłumaczy ten, jak i wiele innych pornograficznych wątków w swoich komiksach, Ellis. – Niedługo znajdą rysunki jaskiniowców, na których będzie przedstawione bzykanie na mamuciej skórze. Z drugiej strony, mam obawy, że Fred Durst i Paris Hilton pokaleczyli seksualnie swoimi sekskasetami całą generację – dodaje. Z kolei bohater Fell, zesłany do odciętego od świata miasta Snowtown, musi uspokajać poukrywanych w przymierzalniach drogerii, obwieszonych dynamitem samobójców i śledzić uzbrojoną, noszącą maskę Richarda Nixona zakonnicę. To wszystko bohaterowie Warrena Ellisa, brodatego, łysego i upiornie brzydkiego faceta, który pod adresem www.warrenellis.com potrafi blogować o piątej rano: „potrzebuję Red Bulla”, „zaraz umrę”. Jeden z najbardziej oryginalnych amerykańskich scenarzystów komiksowych, który, tak jak reszta armii „rewitalizatorów” tamtejszego komiksu (vide: Neil Gaiman, Alan Moore czy Grant Morrison), pochodzi z Wielkiej Brytanii. To tłumaczy jego miłość do słówek bloody, bastard oraz cunt, którymi gęsto ozdabia swoje internetowe felietony na portalach ArtBomb i Suicide Girls. Czy wspomniałem już, że główny bohater Crooked Little Vein, pierwszej powieści Ellisa (autor zapowiada już drugą, Listener) jest prywatnym, Chandlerowskim detektywem, którego pewnego dnia nawiedza jedna z najwyższych osób w rządzie USA, zadeklarowany heroinista i koprofil, który każe odnaleźć mu zaginioną, alternatywną Konstytucję Stanów Zjednoczonych, którą Richard Nixon zgubił podobno w azjatyckim burdelu?

Bez litości
Warren Ellis urodził się w 1968 roku w hrabstwie Essex – mówi, że obejrzane przez niego w wieku półtora roku lądowanie Neila Armstronga na Księżycu jest jego pierwszym zakodowanym wspomnieniem. Zanim zaczął pisać komiksy, prowadził pub, bankrutował, pracował w sklepie z płytami. Jego pierwszym, opublikowanym komiksem był Lazarus Churchyard – komiks o walczącej z korporacjami dziwnej postaci, której ciało złożone było w większości z inteligentnej, plastycznej masy wytwarzającej broń. Dziwne pomysły Warrena Ellisa pojawiły się, jak widać, bardzo wcześnie. Szybko zaczął pracować dla amerykańskich komiksowych gigantów – pisał Hellstorm dla Marvela, DV8 dla Wildstorm, oraz włożył swoje trzy grosze w redefinicję komiksu o superbohaterach tworząc Authority – które właśnie możemy czytać w Polsce. Pierwszym niecodziennym elementem Authority są wyraźnie pogłębione psychologicznie postacie, i nie chodzi tu tylko o ubranie geja w trykot superbohatera. Drugim – potężne, pełne detali panele, na których rozgrywa się akcja przez duże A: Ellis ukuł na ich potrzebę specjalny termin, widescreen comics. W 1997 Ellis rozpoczął pracę nad swoim najdłuższym jak dotąd dziełem – serią Transmetropolitan (przeszło sześćdziesiąt numerów). To komiks kultowy nie tylko ze względu na postać szalonego bohatera – Transmetropolitan zyskało sławę również dzięki wyjątkowej, dystopijnej wizji przyszłości, w której obłędny konsumpcjonizm, seks, szalone kulty religijne, designer drugs oraz ogólna degrengolada ludzkości tworzą nową, fascynującą całość. Niewiele komiksów, i w ogóle utworów science-fiction, prezentuje równie porażający świat przedstawiony – na początek polecam wspaniałą historię z wydanego już w Polsce jakiś czas temu TPB Żądza życia, w którym śledzimy historię dziennikarki, zamrożonej w naszych czasach i przywróconej do życia w świecie Spidera Jerusalem. No i nowy tom historii, który powinien być już dostępny w Empikach – Year of the bastard. Ten świat nie ma litości – tak, jak Warren Ellis, który wydał dwa osobne zeszyty komiksu z samymi artykułami Spidera Jerusalem. Na marginesie, wielkim fanem komiksu jest Patrick Stewart, czyli Kapitan Kirk z serialu Star Trek – jak powiedział Ellis w którymś z wywiadów, jedną z ulubionych rozrywek autora po pijaku jest wchodzenie na stół i wcielanie się w Spidera.


Bez cenzury
Warren Ellis nie jest zbyt miły. Większość jego bohaterów również nie jest zbyt miła. Tak jak Warren Ellis, Spider Jerusalem praktycznie nie śpi, faszerując się trochę poważniejszymi podtrzymywaczami niż Red Bull. Spider jest dziennikarzem – opętanym misją przebicia się przez informacyjny chaos, przedkładającym prawdę nad własne życie i zdrowie szaleńcem, wzorowanym na postaci legendarnego dziennikarza Huntera S. Thompsona. Być może to samo dążenie do prawdy każe Ellisowi administrować forum Diepunyhumans.com, na którym ludzie prowadzą dyskusje o rządowych spiskach, teorii PeakOil czy zbliżającym się konflikcie atomowym. Tak jak Spider Jerusalem, Warren Ellis ma za nic cenzurę. Parę lat temu, przygotowując dla DC serię Hellblazer, napisał numer pod tytułem Shoot, który traktował o genezie szkolnej masakry. Premiera zeszytu nałożyła się na tragedię w Columbine, więc wydawca zasugerował Ellisowi zmianę scenariusza. Ellis nie zgodził się, a Shoot nigdy się nie ukazał – niesławny komiks można przeczytać w Internecie. Jak już wspominałem, Warren Ellis nie jest miły. Oto parę cytatów z jego kolumny dla „ArtBomb”: „Nigdy nie chciałem zasugerować, że wszystkie ofiary Talidomidu są wielbicielami The Vines”. Albo: „Do kilku nieszczęsnych istot, które zakwestionowały moje porównanie Amerykańskich neokonserwatystów do faszystów: jesteście upośledzeni. Jesteście spaczonymi intelektualnie zwierzętami, które reprezentują wszystko, co ludzka rasa musi przezwyciężyć ”. To na wszelki wypadek, gdybyście chcieli obrazić Warrena Ellisa. Jednak poza wygłaszaniem takich tyrad przeciwko popkulturze, jak „Jeśli oglądasz teledyski Avril Lavigne i innych potworów Frankensteina, jesteś idiotą; wstań i wypluj to gówno ”, Ellis jest wspaniałym obserwatorem naszej szalonej współczesności. On po prostu wyczytuje ją z sieci, z telewizji, z gazet. „Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego wszystkie te domy gwiazd popu w MTV Cribs są sterylnie białe i urządzone jak poczekalnie, hotele, miejsca w których się nie mieszka, tylko w których na coś się czeka?” – pyta bohater Desolation Jones. Ellis jako autor odbiera tyle samo kulturowej sieczki, co my wszyscy; jednak on jest w stanie wyciągnąć z niej dużo, dużo więcej. Chcecie dowodu, idźcie kupić Transmetropolitan.
Bez przerwy
Obecnie Warren Ellis to pracoholik. Jak sam o sobie mówi – „mam w druku więcej trade paperbacków (zebranych wydań zeszytowych komiksów –przyp. red.), niż jakikolwiek inny autor”. Ellis ma podpisane kontrakty z większością czołowych wydawnictw amerykańskiego rynku – DC, Marvelem i Wildstormem, do tego dochodzą komiksy pisane przez niego do bardziej undergroundowych wydawnictw, takich jak Avatar, Apparat czy Planet Lar. Warren Ellis pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Potrafi blogować przez komórkę z islandzkiego pubu o piątej rano. Jest fetyszystą technologicznych nowinek i jedynym pisarzem oraz autorem komiksów tak bardzo zaangażowanym w sieci. Pisanie, że Ellis ma swój Flickr, MySpace czy Last.fm to banał; autor Transmetropolitan własnoręcznie moderuje swoją sieciową społeczność DiePunyHumans.com, na której występuje pod pseudonimem Stalin. Jak sam mówi, używa internetu do wszystkiego co robi, nakłaniając do tego również innych pisarzy – to dzięki niemu William Gibson zaczął z powrotem uaktualniać swojego bloga. 90 % researchu do swoich scenariuszy i książek Ellis przeprowadza za pomocą internetu. I szczerze mówiąc, nie wiadomo, jak, skąd i kiedy Warren Ellis znajduje na to wszystko czas, zwazywszy, że poza napisaniem dwóch powieści, niezliczoną ilością felietonów i notek blogowych, kilkudziesięciu pełnych serii i miniserii komiksowych (kilkunastu pisanych na bieżąco), obecnie pracuje nad serią telewizyjną Dead Channel (której będzie jedynym, ekskluzywnym scenarzystą), grami komputerowymi oraz filmem opartym na grze Castlevania, który będzie skierowany Direct-to-DVD. Jak sam mówi w wywiadzie dla strony SlashDot: „Chcę spróbować wszystkich mediów; byłem dziennikarzem, robiłem ghostwriting dla radia, pisałem opowiadania, zrobiłem książkę ze zdjęciami. Chcę dać wszystkiemu szansę, chcę nakręcić teledysk, pisać filmy fabularne. Chcę robić więcej w animacji, chcę wydać płytę spokenword. Jeśli nie słyszałeś, życie jest trochę krótkie”. W tym samym wywiadzie mówi: „Mam scenariusze do około stu następnych stron Planetary, ale chcę, aby rysownik za mną nadążył”. Gdy na swoim blogu po raz kolejny zamieścił błagalną prośbę o Red Bulla, producent tego ożywczego napoju wysłał mu do domu kilka zgrzewek. Ellis napisał, że jeśli to się nie stanie, zaraz wypłyną mu oczy. Dzięki Bogu, że tak się nie stało.