
Choć zespół Pogodno wydał najnowszą płytę w preferującej czarną jak smoła muzykę wytwórni Mystic Production, wciąż stoi po jasnej stronie mocy.
Na stronę złego nie przeciągnęła ich nawet Alinka z Gryfina, zepsuta do szpiku kości autorka bloga Mydziecisieci.blog.pl. Jej wybujałe wynurzenia stały się główną inspiracją siódmej już płyty Pogodno Opherafolia, która z kolei jest pokłosiem specyficznego, hiper absurdalnego przedstawienia teatralnego w reżyserii Dymitra Walczaka. Jego premiera miała miejsce podczas ubiegłorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Pogodno napisało muzykę i odegrało ją na żywo podczas spektaklu, który został okrzyknięty najciekawszym punktem festiwalu.
Kim jest Alinka? Nazywam się Ala. Jestem narkomanką, schizofreniczką i dziwką – zwierza się w swym dzienniku opublikowanym w książce Dentro. De besty enigmatycznego autora Jana Dzbana. Ale zespół Pogodno, co jeszcze dziwniejsze, bierze w obronę to „całkiem zwariowane dziewczę”, a nawet utożsamia się z nim: Dziewczyna nad wyraz wrażliwa, ale zdemoralizowana środowiskiem, w którym przyszło jej żyć. Swoim wyrazem i sposobem komentowania rzeczywistości odpowiada wrażliwości zespołu i jest bezlitosnym ciosem w ryj dla każdego, kto unika odpowiedzi na pytania dotyczącego faktycznego miejsca każdego z nas w systemie.
Pogmatwana fabuła sztuki i niejasne teksty kabaretowych piosenek jedynie luźno nawiązują do parodystycznego bloga. Raczej inspirują się sposobem postrzegania świata Alinki. Stąd absurd goni nonsens, groteska ironię, a pastisz krzywe zwierciadło. To opowieść o dwóch rodzinach zamożnej, wynudzonej ekwadorskiej oraz zwyczajnej, mieszkającej w Koszalińskiem. Obie rodziny oglądają swe perypetie w serialach telewizyjnych relacjonuje fabułę basista Michał Pfeiff.
Jednak z samej płyty nie sposób odcyfrować tej historii. Idealnie byłoby zarejestrować spektakl i wydać go na DVD. Każda piosenka w sposób dosyć abstrakcyjny i udziwniony opowiada o innej postaci. Każda utrzymana jest w innej stylistyce muzycznej. Mamy tu i gitarowy rock, i pop, gitarowe riffy i miękkie ballady, jazz, blues i pastisz latino. Album przy pierwszych przesłuchaniach wydaje się chaotyczny, stylistycznie i tematycznie rozjechany, nie wiadomo o czym. Nie ma tu ewidentnych przebojów (choć kilka utworów ujmuje i zapada w pamięć) z jasno podanym tekstem, które znamy z poprzednich płyt zespołu, takich jak Sajtenik Muzik & Romantik Loff czy nagranej z Hrabią Fochmannem Hajle Silesia. Bliżej tu do solowego, bardziej mrocznego i gęstego lirycznie wydawnictwa lidera, gitarzysty i wokalisty Pogodno Budynia Kilof. Tu jest ogród cioci Basi, tam ekwadorski pedał-czeladnik, do tego dochodzi inwazja z kosmosu. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Ów wydawałoby się amorficzny, oparty na luźnych skojarzeniach i grach słownych labirynt wciąga i w końcu dostrzegamy wspólny mianownik, o który chodzi Pogodnym, wirtualnej Alince i kpiącemu z szablonów popkultury Dzbanowi. W sposób niedosłowny, bez ułatwień i podsuwania gotowych wniosków zachęcają nas oni do przyjrzenia się rzeczywistości z tego miejsca, z którego wszystko wygląda, jak w gabinecie krzywych luster – przerysowane, wyolbrzymione, komiczne, ale też żałosne i smutne. Sztuką staje się spoglądanie na to wszystko z krytycznym dystansem, z ostrym dowcipem, ale także z pogodą ducha i pozytywną energią. Jacek Szymkiewicz (Budyń) ujął to tak: Wszyscy i tak prędzej czy później trafimy do piachu, gdzie zjedzą nas robaki, a na grobach tych wszystkich, którzy opowiadają rzeczy smutne lub wesołe będzie sobie chodzić sarenka i będzie tam srać. Z perspektywy sarenki – osoba, która tam leży pod ziemią oraz wszystkie jej starania, żeby wyrazić, że coś jest wesołe albo smutne, wszystko to z jej perspektywy jest warte tyle, co to gówno, które tam spada. Bliżej jest mi więc do dystansu tej sarenki, która wysrywa się na mój grób, niż do przekazywania ludziom mojego wewnętrznego smutku.
Za poszukiwania i odwagę Pogodnym należy się respekt. Są mistrzami lekkich, inteligentnych piosenek, brylują błyskotliwymi tekstami i chwytliwą melodią, nigdy nie rezygnują z przymrużenia oka, ale nie boją się też nowych, bardziej konceptualnych wyzwań – tak było, gdy umuzycznili powieść Krzysztofa Vargi Tequilla, i tak jest teraz, gdy z sukcesem porwali się na teatr.