
Co zrobić, jeśli wygraliśmy wycieczkę na Florydę i wylądowaliśmy dokładnie w pół drogi między miejskimi luksusami Miami a rozkosznymi plażami Palm Beach, kiedy dookoła tylko identyczne konstelacje przedmieść i industrialny port Fortu Lauderdale? Nie ma opcji – trzeba porzucić stały ląd i zaokrętować się na statek miłości, płynący na Bahamy!
W doborze statku mamy szczęście. Nasz wycieczkowy pakiet obejmuje trzydniowy rejs na pokładzie „Regal Empress” – najstarszego bodaj liniowca w całych Stanach, zbudowanego w 1953 roku. Oczywiście na Bahamy dotrzeć można też daleko bardziej eleganckim sprzętem, oferującym pilates, koszykówkę i partyjkę blackjacka w wypasionym pokładowym kasynie, z zapierającymi dech w piersiach widokami w tle. Ale niezupełnie o to nam chodziło. My, nucąc pod nosem Love Boat will soon be making another round, w piątkowe popołudnie wsiadamy na oceanicznego dinozaura. Żywą, nieco pomniejszoną kopię statku, którym pływali bohaterowie uroczego, choć mocno obciachowego serialu Aarona-Beverly Hills 90210-Spellinga.

The Love Boat promises something for everyone
Na pokładzie „Królewskiej cesarzowej” czeka szpaler uśmiechniętych i odprasowanych filipińskich stewardów i obowiązkowy dryl na wypadek katastrofy. Wreszcie mam okazję stwierdzić, jak mało twarzowe są kamizelki ratunkowe – dlaczego nikt nie wymyślił wersji dla fashion victims? Umierając ze śmiechu, dołączamy do reszty pomarańczowych Pi i Sigm stłoczonych w pobliżu przydziałowej łodzi ratunkowej. Przy okazji stwierdzamy, że w razie prawdziwego emergency nie wszyscy byliby w stanie ratować się o własnych siłach – część towarzystwa chwieje się nie tylko pod wpływem kołysania portowych fal. Imponujące, jeszcze nawet nie wypłynęliśmy!
W naszej przytulnej kajucie z obowiązkowym czarno-białym telewizorem i aparatem telefonicznym w stylu późnego Gierka zapoznajemy się z programem atrakcji. Jest bingo, kuriozalna symulacja wyścigów konnych, której sensu nie pojmujemy, karaoke, disco błysko, spektakl unikalnej rewiowej trupy, wieczorny bufet w stylu włoskim. Zanim jednak rzucimy się w wir nocnych szaleństw z drinkiem Bahama Mama w dłoni, wypada zejść na kolację.
Po kwadransie błądzenia w trzewiach statku docieramy do wyłożonej ciemnym drewnem jadalni, gdzie nakrycia głowy, gołe nogi i ramiona nie są mile widziane. Dostajemy przydział do stołu z miłym małżeństwem z Karaibów i ich nastoletnim synem. Między naprawdę rewelacyjnymi daniami prowadzimy zawzięty small talk, który nie rozwiewa dręczącej mnie nadal wątpliwości, dlaczego Karaibczycy spędzają urlop na Bahamach. Wymijająco odpowiadam na kurtuazyjne pytanie, czy Ceauşescu jest nadal prezydentem Polski, nie mogąc odwdzięczyć się inteligentnym komentarzem na temat sytuacji politycznej Wysp Dziewiczych. Mój rozmówca poleca nurkowanie na Bahamach, gdzie dotrzemy następnego ranka. Po małej animacji w wykonaniu filipińskich kelnerów, tańczących między stołami makarenę, rozchodzimy się do swoich kajut.

Noc jeszcze młoda
Przez następną godzinę usiłujemy załapać się na którąś z zapowiadanych atrakcji. Wydreptując mile między salą teatralną a głównym pokładem, mamy wrażenie, że zawsze zjawiamy się za późno. Ale to chyba tylko wrażenie, bo nigdzie nie natykamy się na większe tłumy. Mijamy za to regularnie poszukiwaczy lodu z kubełkiem w dłoni, co każe sądzić, że zabawa toczy się głównie w podgrupach. Dajemy w końcu za wygraną i zasiadamy na pokładzie, żeby porozkoszować się morską bryzą we włosach i papierosowym dymem w płucach. Uwijająca się wschodnioeuropejska obsługa barmańska nie daje nam spokoju, nagabując, dopóki nie ulegniemy i nie zamówimy koktajlu Bahama Mama. W zamian za wygórowaną cenę (która na razie za bardzo nie boli, bo wszystkie wydatki dopisuje się do rachunku za kajutę) możemy zachować sobie gustowne plastikowe kieliszki z logo „Regal Empress” w kolorze lilaróż.
W końcu los uśmiecha się do poszukiwaczek rozrywki i trafiamy w sam środek pączkującego karaoke. Animatorki o azjatyckich rysach przyjmują zamówienia, a towarzystwo powoli się rozgrzewa. Jednakże myliłby się ten, kto sądziłby, że w Mermaid Lounge usłyszy knajacką wersję Hit Me Baby One More Time. Zaczyna pan o wyglądzie urzędnika bankowego, który czyściutko śpiewa bliżej nieznany przebój z Country Hits Playlist. Po nim, delikatnie się krygując, niejaka Natalie bardzo przeżywa swoją wersję Over the Rainbow. Podobnie jak poprzednik, poziomem wokalnym dorównuje niejednemu finaliście Idola. Sprawnie zaśpiewają jeszcze między innymi czarnoskóra żona i matka dzieciom, której partner wydaje się całą akcją delikatnie zażenowany, i groźnie wyglądający harleyowiec w skórzanych spodniach. Dobór repertuaru wprawia nas w osłupienie, ożywiamy się tylko przy Dead or Alive Bon Joviego, i to bynajmniej nie ze względu na osobę wykonawcy, ale na fakt, że ten kawałek już słyszałyśmy – z szafy grającej w zapyziałym przymotelowym barze w zaśnieżonej Pennsylvanii. Klimat pijackiego, europejskiego karaoke pojawia się tylko raz za sprawą wesołych młodzieńców koszmarnie fałszujących Margaritaville Jimmy’ego Buffeta – pełniącego chyba podobną rolę do swojskiego „Górala”. Blokada kulturowa uniemożliwia nam cieszenie się karaoke, z obowiązku zaglądamy więc jeszcze do Mirage Disco, którego parkiet świeci jednak pustkami. To gdzie w końcu podziali się wszyscy?
Bahamy – ya man!
O poranku przybijamy do stolicy Bahamów, Nassau. Jeszcze tylko kontynentalne śniadanie na pokładzie i wyruszamy na podbój wybitnie turystycznej okolicy, gdzie Starbucks sąsiaduje z targowiskiem z mydłem i powidłem i wolnocłowym sklepem monopolowym. Wyczuwa się tu klimat żyjącego z przybyszy Trzeciego Świata. No, może drugiego, bo lokalną gospodarkę napędzają też jednak mieszkający tu licznie Amerykanie. Po przejażdżce łódką ze szklanym dnem, która odsłania tajniki tutejszej ubogiej rafy koralowej, promem przedostajemy się na Paradise Island. Mija trochę czasu, zanim przyzwyczajamy się do bahamskiego akcentu tutejszych przewodników i naganiaczy, puentujących każdą wypowiedź entuzjastycznym „Ya man!”. Rajski krajobraz wyspy psuje niestety maszkara zbudowanego jeszcze w latach 80. przez Donalda Trumpa gigantycznego centrum hotelowo-rozrywkowego Atlantis. Żeby dojść do najbliższej publicznej plaży, musimy przedrzeć się przez jego środek. Zajmuje to dobry kwadrans kluczenia po korytarzach pełnych sklepów dla golfistów, fontann z delfinkami, kryształów i puszystych dywanów. Sama plaża poraża mięciutkim, sypkim piaseczkiem i powalającymi rosłego mężczyznę falami. I’m lovin’ it!
Jedno bahamskie popołudnie, które mamy do dyspozycji, szybko się przesypuje. Jeszcze tylko przeprawa promem kierowanym przez pięknego tutejszego chłopca i już wita nas stęskniony wzrok naszego ulubionego stewarda. Ale chyba rację miała Kylie śpiewając: We’ll just float 'cause the beach is boring, our loveboat is more alluring...
Przechodzimy przez rytuał kolejnej kolacji, tym razem lekko zaburzony szalejącymi falami (na szczęście choroba morska dopada tylko jednego członka ekipy) i ubarwiony pokazem płonącego tortu, obnoszonego na głowie przez jednego z kelnerów. Rozmowę ze współbiesiadnikami ucina perspektywa balu kapitańskiego – największej atrakcji tego typu przejażdżek, na którą wyelegantowani Chris z żoną i synem bardzo się spieszą. My jako nowicjuszki nie zaopatrzyłyśmy się w stosowne stroje wieczorowe, więc nie uda nam się uścisnąć prawicy greckiemu kapitanowi i uwiecznić na pamiątkowej fotografii w stylizowanej na Titanica scenografii. W zamian podziwiamy, noszące znamiona ingerencji chirurga, dekolty towarzyszek podróży i pełne zaangażowanie w retro pompę. Reszta wieczoru upływa nam na zwiedzaniu zakątków statku, podziwianiu efektów pracy chuderlawego pokładowego fotografa, odpowiadaniu na pytania, w jakim to dziwnym języku mówimy oraz na rozmowach z barmanką z Kaliningradu, która po rosyjsko-angielsku zwierza się z miłości do Zakopanego. Po powrocie do kajuty moje porzucone okulary przeciwsłoneczne znajduję na nosie dziwacznego stwora, pracowicie skręconego z ręczników przez obsługę statku.

Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać
Od rana panuje chaos wyładunkowy. Wprawdzie jeszcze na dobre nie przybiliśmy do portu, ale wszyscy już krzątają się z bagażami i bez, w przerwie konsumując śniadanie. Wszędzie tworzą się kolejki, co daje przedsmak potencjalnej ewakuacji; przez megafon uporczywie wzywana jest pani Garcia, która nie uiściła opłaty za rejs. Przedarłszy się przez odprawę paszportową – Bahamy należą do Commonwealthu, mają jednak osobną służbę celną – i całą administrację obsługiwaną wyłącznie przez dziarskie osoby po sześćdziesiątce, wychodzimy na zewnątrz. Żegna nas tęskne spojrzenie filipińskiego stewarda, który chyba specjalnie porwał i eskortuje starszą panią na wózku, żeby móc odprowadzić nas wzrokiem. Żałujemy, że cała wyprawa nie trwała dłużej. Cieszy tylko fakt, że nie trafił nam się rejs molochem w rodzaju tego obsługiwanego przez Celebrity Cruises. Staruszka „Regal Empress” zdała egzamin, szkoda, że w 2010 zostanie wycofana z obiegu! Odjeżdżamy w kierunku Fortu Lauderdale z jego willami, jachtami i Dunkin’ Donuts na każdym rogu. The End.
Strona armatora MS „Regal Empress”: http://www.imperialmajesty.com/
Dla porównania: http://www.celebritycruises.com/
Kompleks hotelowy Atlantis: http://www.atlantis.com