
Artysta bezczelny, artysta totalny. Człowiek – proces. Infekuje każdą przestrzeń, w którą wnika. Sam pisze na siebie donosy, wnosi obrazy do muzeów, drwi z romantycznych mitów. Niektórzy twierdzą, że jest hochsztaplerem. Rahim Blak zdążył ostro namieszać w polskiej sztuce. Zresztą, podobno ona już nie istnieje.
Siedzę naprzeciwko Rahima w krakowskim klubie Folia Concept, położonym przy samym Rynku, pomiędzy McDonaldem a Komendą Straży Miejskiej. Folia to pozornie jeden z typowych, miejskich klubów, ze szklanymi blatami, długim barem i kiepską muzyką house w weekendy. Tak naprawdę, to jedno z artystycznych pól bitwy Rahima Blaka. Jedna z zaanektowanych, zmienionych i zawłaszczonych przez niego na własny użytek przestrzeni. Bo Rahim Blak jest niebezpieczny; jest jak żywa personifikacja Palmera Eldritcha z książki Philipa K. Dicka. Niczym Palmer, Rahim tworzy nowe, odrębne segmenty rzeczywistości bądź transformuje istniejące. Co więcej, daje ci swobodę poruszania się w nich, względną dowolność interpretacji. Wchodząc jednak w jego świat, w świat demiurga, dostajesz w prezencie stygmaty. Jesteś oznakowany. Zarażony. Oszukany.
– Przyjrzyj się temu miejscu – mówi Rahim, szczupły chłopak w szarym swetrze, który nie może pić alkoholu, bo, jak mówi, jest muzułmaninem. – Przecież Folia jest pomiędzy Piwnicą pod Baranami a Galerią Kantora, pomiędzy Skrzyneckim a Kantorem.
Jak dla mnie, Folia dalej jest między komendą a McDonaldem. Ale to w końcu świat Rahima Blaka. Na ścianach Folii, której Rahim jest dyrektorem artystycznym, wisi jego zreprodukowane w potężnym formacie CV. Nad barem, ogromne zdjęcie grupy artystycznej Folia Concept jako „Reaktywacja Spuścizny Rahima Blaka”. Do grupy, oprócz właścicielek klubu i samego Rahima, należą między innymi prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, główny komendant „traży miejskiej Krakowa i autor legendarnego programu TV „Piórkiem i węglem” Wiktor Zin. To nie jest żart. Grupa ma swój statut i zbiór zasad. Wszystko napisał oczywiście Rahim Blak. Na innej ścianie wisi reprodukcja artykułu, w którym Piotr Marecki, szef Korporacji Ha! Art, obwołuje Rahima Blaka przywódcą artystycznego Krakowa. Rahim Blak niedługo ma zostać naczelnym kawartalnika „Ha! Art”. Wstępnie na jeden numer.
– Gdy przyszły do nas właścicielki, które chciały przekształcić ten klub w miejsce powiązane ze sztuką, w ogóle nie wiedzieliśmy, co zrobić – opowie mi później Gaweł Kownacki, współzarządzający galerii F.A.I.T., która promuje Rahima. – Rahim zapalił się do tego pomysłu jak szalony. Powiedział od razu – napiszemy statut! Założymy grupę!
To jest właśnie sztuka Rahima Blaka – człowieka-wirusa o nieokreślonej tak naprawdę tożsamości, który narodził się na krakowskiej ASP jakieś trzy lata temu. Rahim, cudownie uzdolnione dziecko z Macedonii, które w wieku 12 lat miało indywidualne wystawy (odgrzebane z nich filmy i zreprodukowane dyplomy stały się podstawą późniejszych prac dorosłego już Rahima), dostał się na ASP z pierwszego miejsca. Chociaż nie wiadomo do końca – indeksy Rahima pojawiły się na paru innych uczelniach.

Pinokio
Rahim od początku wzbudza emocje. Często jest to nienawiść. Jako student wydziału malarstwa zaanektował dla siebie prawie całą przestrzeń ASP, urządzając z niej prywatną ekspozycję swoich prac, które potem regularnie niszczyli inni studenci. Jedną z tych prac był wzorowany na Media Markt katalog jego fikcyjnych po części artefaktów. Inną zreprodukowany w potężnych rozmiarach paragon z restauracji po kolacji z jedną asystentek. Pisał manifesty i brzmiące prawie jak nowomowa teorie konceptualne. Wymyślał hasła, najpierw: „nie ma sztuki, jest tylko Rahim Blak”, potem: "„Wszyscy wiedzą, że Rahim Blak ma nieograniczony dostęp do hajsu”. Na przegląd swoich prac wynajął człowieka, który przez godzinę opowiadał, że jego rzeczy są bezwartościowe. Dostał szóstkę. Jego dyplomową pracą jest... proces zostania wykładowcą ASP na nowo powstałym wydziale intermediów – podania, działania formalne, trwające od pięciu lat zaprzyjaźnianie się z profesorami. Bo to właśnie robi Rahim Blak. Zmienia przestrzeń.
Gdy siedzimy w Folii, Rahim opowiada mi o „Geppettowskiej wizji sztuki”. O ożywianiu tego, co jest martwe, o animacji, o zmianie. O sprawczej roli sztuki, która jest dla niego nieskończona; sztuka i artysta przecież mogą wszystko. W czasach, gdy pojęcie „artysta” wytraciło jakąkolwiek semantykę, gdy sztuką można nazwać zarówno wzornictwo mebli czy portfolio web-dizajnu, Rahim uprawia nieposkromioną, szaloną wizję artysty totalnego. Nie wiem tylko, czy „geppettowska” to dobry przymiotnik – Gepetto był przecież jedynie skromnym stolarzem. Ale może czytałem jakiegoś innego Pinokia; jestem przecież w świecie Rahima Blaka.
– Ja nie chcę robić sztuki o Holocauście, ja chcę robić Holocaust – mówi Rahim. – Artysta sięga po ważny temat, aby stać się sławnym, a w rezultacie temat go przerasta. Sztuka staje się jednorazowa. To, że Catellan zrobił papieża przygniecionego meteorytem, i pozostał Catellanem, a nie „facetem od papieża”, to wyjątek potwierdzający regułę. Ja nie robię sztuki o ważnych wydarzeniach. Ja sam je stwarzam.

East Desires
Gdy na Rynku Głównym były prowadzone wykopaliska, Rahim podrzucał tam artefakty – odlane z gipsu telefony komórkowe i wykute w marmurze baki motocykli. Gdy Instytut Piotra Skargi zgorszył się jedną z jego prac (bakiem motocykla ze sztuczną pochwą w środku), Rahim incognito poszedł do Instytutu i podając się za kogoś innego, przez kilka dni pracował przeciwko sobie, pisząc sam podania do ASP postulujące zwolnienie jego z uczelni, a nawet artykuły do „Naszego Dziennika” na swój temat. Nagrywał pracujących tam ludzi, wpisujących go bezwiednie w etos „sztuki kontrowersyjnej”. Aby go podtrzymać, przyniósł do Instytutu między innymi film, na którym zauważył rzekomego siebie na Paradzie Równości. Potem, oczywiście, zrobił z tych wszystkich materiałów wystawę. Przecież były jego pracą. Od samego początku.
Korzystając z kruczków prawnych i lekko przekupując ochroniarzy, Rahim wniósł swój obraz do Muzeum Narodowego. Obrazu, według prawa, nie można już wynieść – stał się elementem ekspozycji.
–To jest o wielu rzeczach: o korupcji, o statusie artysty, o całej prawnej otoczce wokół dzieła sztuki – mówi Rahim. To fakt, jego prace można czytać na wiele sposobów, ale na pierwszy rzut oka zawsze są o nim. Chociaż nie zawsze.
Gdy galeria w Norwich zaproponowała mu swój własny pawilon, Rahim poszedł do urzędu miasta Krakowa i zaproponował promocję miasta. Zamiast wideo i instalacji, w jego pawilonie wisiała wielka mapa Krakowa, ulotki z JPII i potężne wydruki reklam hoteli Likus. Nie obyło się jednak bez zgrzytu. Na karteczkach, na których wydrukowane były tytuły prac, pod wielkimi reklamami ekskluzywnych hoteli można było przeczytać: „Rahim Blak – Easts Desires. Hotel Compernicus. 1000 euro – 5856 zł”. Była to kwota, jaką uzyskał od Hoteli Likus za reklamę w galerii w Norwich. No właśnie – pieniądze.
– Napisz w tym artykule, że jestem chujem, który myśli tylko o kasie, który za wszystko bierze pieniądze – mówi zupełnie na poważnie Rahim, prawie mną potrząsając. Jest bardzo podminowanym facetem, gdy mówi o sztuce, mówi głośno, gestykuluje, krzyczy.
– Wielu ludzi nienawidzi go za kłucie w ten czuły punkt – mówi Gaweł z F.A.I.T.-u. On zupełnie otwarcie mówi o pieniądzach, nienawidzą go za to starsi ludzie, którzy zarabiają dużo większe pieniądze od niego, ale dla nich kasa to jest temat tabu, brudne majtki. Żyjemy w Polsce, a tu jest topos głodnego artysty, romantyka.
– Mam cennik koncepcji – mówi Rahim. – Za trzy i pół tysiąca walczę z człowiekiem. Za pięć tysięcy z instytucją. Przyszedł do mnie prezydent Wrocławia i powiedział mi, że chce, abym przeniósł go do historii. Powiedziałem mu, że oczywiście, i od razu – ile za to chcę. Ostatnio powiedziałem jednej kobiecie, że za pięć tysięcy złotych jej kot przejdzie do historii. Sprawię, że ten kot będzie w Encyklopedii PWN.
Wierzę mu jak własnej matce.
W Starym Browarze, najdroższej przestrzeni reklamowej w Polsce, jako swoją pracę wystawił banner pełen logotypów najbardziej znanych marek; normalnie umiejscowienie tam jednego z nich kosztuje kilkadziesiąt tysięcy. Zbulwersowanej Grażynie Kulczyk powiedział:
– Przecież to jest sztuka. Czy ma pani coś przeciwko?
– Jestem artystą wywrotowym – mówi o sobie. – Nie jestem złym człowiekiem, ale moja sztuka jest zła – dodaje.
Rzeczywiście, coś w tym jest. Wiele galerii w Polsce nie chce wystawiać jego prac. Gdy F.A.I.T. opowiada o jego sztuce zachodnim kuratorom, oni nazywają go hochsztaplerem i mówią, żeby lepiej się nim nie zajmować. Podobno od prac Rahima zaczął się dystansować jego promotor i przyjaciel, wykładowca krakowskiego ASP, Grzegorz Sztwiertnia. Z drugiej strony, każde ważne działanie artystyczne było odsądzane od czci i wiary w czasie, w którym jeszcze nie było historią. Myślę przez chwilę o młodych, polskich artystach, którzy są bezpiecznie zaszufladkowani w dyskursie; zaszeregowani w przestrzeni komunikacyjnej jako „artyści” mogą wzbudzić u „odbiorcy jedynie poczucie komfortu. Ale nie Rahim Blak. On podważa, rozbraja, kąsa i wkurwia. Być może jest rzeczywiście najciekawszym obecnie polskim artystą – ale nie powiem mu tego nigdy w życiu.
– Myślę, że ludzie nie mają dystansu do siebie, nie chcą się dać się wmanewrować, on uderza w sam egocentryzm środowiska artystycznego. On naprawdę wierzy, że jest wielkim artystą – mówi Gaweł z F.A.I.T.-u.
Gdy pytam go, czy Rahim może zacząć działać globalnie, odpowiada, że Blak jest w stanie zaadaptować się do każdej sytuacji.
My, turtlesi
– Kto powiedział, że jestem wielkim artystą? – pyta mnie w Folii Rahim, gdy próbujemy podłączyć laptopa i znaleźć gniazdko pod wyjątkowo długim barem.
– Ty – odpowiadam.
Na chwilę odwraca wzrok, jakby lekko zmieszany.
Pytam go, na ile można dalej pociągnąć sytuację, w której nie ma sztuki, jest tylko Rahim Blak. Gdzie jest ściana świata, w którym to Rahim jest największym żyjącym artystą. Rozsadzającym krakowskie (na początek) środowisko demiurgiem.
– Ja mam już pomysł – mówi. – Jest taki siedmioletni chłopczyk, ja się nim opiekuję, uczę go sztuki, chodzę z nim po muzeach. Zrobię z niego lepszego artystę od siebie. Będę pracował z nim tak długo, aż mnie prześcignie, aż stanie się lepszy.
Patrzę na Rahima, który ustawia sytuację wokół siebie na podstawowym poziomie, rozmawiając ze swoimi albańskimi kuzynami, będąc na ty z każdą kelnerką, znając każdego, kto wchodzi do środka. To on jest tutaj dyrygentem, jak w każdej przestrzeni, w którą wejdzie. Czy już dałem się mu zmanewrować? Czy jestem „turtlesem” z jego manifestów, jego podwykonawcą?
– Ja jestem w stosunku do ciebie szczery, Kuba – mówi Rahim. – Ja nie zaaranżowałem tej sytuacji, nie będę miał z niej żadnej korzyści.
Przecież to artykuł do „„Exklusiva”. Jest to chyba jakaś korzyść. Ale może to świat Rahima Blaka, tu nie ma takiego magazynu. Jeszcze nie.
– Nie zaaranżowałem tej sytuacji – powtarza. – Nie sprawiłem tego, że o mnie piszesz.
W sumie ma rację. Ten artykuł zleciła mi Hania Rydlewska, która zgoogle’owała przedtem jego imię i nazwisko. Z drugiej strony, nic tutaj nie jest pewne. To świat Rahima Blaka.
– Ale nie, zaraz – mówi po chwili. P Ale przecież to ja ci mówiłem przedtem, żebyś o mnie napisał.