Nu rave czy no rave?
Jaskrawe ciuchy, koszulki z „uśmiechniętą buźką” i fluorescencyjne pałeczki. Dzisiejsi 20-latkowie sięgają po rekwizyty, z których korzystało pokolenie ich rodziców. Pytanie tylko, po co i dlaczego?
Grupa Beach Boys rozpadła się w efekcie załamania nerwowego jej lidera, Briana Wilsona, które było wynikiem ciągłego porównywania dokonań jego zespołu z The Beatles; muzyk nie wytrzymał ponoć presji, jaka wynikała z faktu, że każdy komponowany przez niego utwór musiał być potencjalnym hitem, ocenianym w odniesieniu do twórczości „czwórki z Liverpoolu”. Nie minęła dekada, gdy w Wielkiej Brytanii wybuchł punk, a w Stanach narodził się hardcore - estetyka podobna, tylko szybsza i bardziej przesterowana. Kiedy na Wyspy zawitała postpunkowa żałoba, w loftach Nowego Jorku rodziła się dekadencka scena no wave. Upłynęły niemal trzy dekady, a niewiele się zmieniło: gdy do rąk fanów mają trafić płyty sztandarowych zespołów amerykańskiego dance-punka (czy funk-punka), w Anglii ofensywę wydawniczą przypuszczają grupy, które czerpiąc z tych samych źródeł, co !!! czy LCD Soundsystem, wrzucane są do worka opisanego chwytliwą etykietką „nu rave” (czy new rave). Po co więc kolejna szufladka? Tego nie wie nikt, czego wyrazem jest medialny rumor, jaki od kilku miesięcy podnoszą żurnaliści. „New rave czy no rave?” - zdają się pytać. Ten dylemat pojawił się również na forum naszej redakcji. Jak to więc jest: new rave? Czy jednak: no rave?
U korzeni
A czym jest, czy też - czym był rave? Już samo w sobie określenie „rave” jest dosyć pojemne. Jego korzenie sięgają, jak wielu dobrych rzeczy, jamajskiej gleby. W latach 60. zaszczepili je w Londynie emigranci z Karaibów, dla których znaczyło tyle, co „party”. Dziś „rave” rozumiany bywa jako po prostu „techno-spęd”. To z kolei można uznać za pokłosie tak zwanego Drugiego Lata Miłości, jak określono olbrzymią falę nielegalnie organizowanych na suburbiach imprez, która przeszła przez Wielką Brytanię w latach 1988-1989; katalizatorem pulsujących w rytmie acid techno tłumów była przywieziona z Ibizy moda na Ecstasy. Eksplodujący charakter tamtych wydarzeń nieco odwrócił uwagę od prawdziwych korzeni zjawiska, które sięgają Stanów Zjednoczonych początków lat 80. To tam, w klubach Houston i Detroit kiełkowało kwaśne brzmienie; co ciekawe, o ile w klubie NRG w Houston niezdrowy wytrzeszcz oczu i szczękościsk były normą, o tyle scena w Detroit była wolna od narkotyków.
W latach 90. na Wyspach zjawisko przybrało skalę masową. Organizacje takie, jak Universe, Fantazia czy Raindance & Amnesia House organizowały imprezy w podmiejskich halach i hangarach praktycznie już „na legalu”; na jednym z takich eventów - „One Step Beyond” - bawiło się 25 tysięcy osób. Jednak ponieważ tego rodzaju spędy funkcjonowały w świadomości ogółu jako przysłowiowa Sodoma i Gomora, w 1994 roku rząd brytyjski aktem prawnym zabronił zgromadzeń na otwartym powietrzu, na których grano „muzykę zawierającą brzmienia w całości lub w większości określone przez emisję następujących po sobie powtarzalnych uderzeń”. Przepis choć okazał się w praktyce martwy, po dziś dzień inspiruje instytucje, stojące na straży porządku publicznego na całym świecie, czego mogli doświadczyć uczestnicy brutalnie spacyfikowanego festiwalu Czechtek 2005. Ale imprezowy żywioł trudno okiełznać: po acid techno na Wyspach grano jungle, potem drum’n’bass, two step, grime, a teraz pojawia się nu rave.
Let’s rave
We wrześniu tygodnik New Musical Express obwieścił nagłówkiem „MDMA-azing” powrót ery rave z jej obowiązkowymi atrybutami - fluorescencyjną pałeczką i „uśmiechniętą buźką”. Tego samego miesiąca „i-D” poświęciło aż osiem stron renesansowi estetyki. Zaraz potem hasło „new rave” podchwyciły media mainstreamowe, nie szczędząc przy tym krytyki. „Guardian” - na przykład - nie omieszkał spytać wprost: „Czy makiaweliczni redaktorzy z NME wymyślili new rave na kolegium w pewien deszczowy wtorek?”. „Co więc tu mamy? - pisała gazeta - Esencją wydaje się być powrót do lat pre-britpopowych, bulgoczących syntezatorów, narkotyków za pół darmo i tajnych imprez, tylko tym razem z większą ilością gitar”. I rzeczywiście, formacje łączone z nurtem czerpią raczej ze spuścizny Gang Of Four czy Pop Group niż Altern 8 albo wczesnego Prodigy. Ich twórczość wywodzi się z okresu, w którym kultura klubowa dopiero kiełkowała w miejscach takich jak manchesterska Hacienda, o czym opowiada głośny film Michaela Winterbottoma 24 Hours Party People. Łączy - podobnie jak muzyka Primal Scream - tradycyjne, wywodzące się wprost od postpunka rockowe granie z elektroniką. Jednak na krążkach, które „definiują” nowe zjawisko wyakcentowane bardziej jest to pierwsze - sprężyste linie żywego basu i funkowe gitary, pracujące z punkową niedbałością. Momentami naprawdę trudno oprzeć się skojarzeniom z amerykańskim funk-punkiem. Niełatwo więc jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy „nu rave” jest pustym sloganem. Zgodzić się można za to z Philipem Sharebournem, który na portalu Pitchfork pisze, że to po prostu „rock-dzieciaki” uderzają na parkiet. Może więc nie ma sensu dywagować na ten temat, tylko dołączyć do szaleńczych hulanek. So let's rave!!! Grać będą.....
Klaxons
Okręt flagowy „estetyki”. Trio z Londynu debiutowało rok temu siedmiocalowym singlem wytłoczonym w 500 ręcznie zdobionych przez samych muzyków kopiach. Czujny, przesterowany puls basu, oszalałe perkusyjne kawalkady i energetyczne rzępolenie gitary okraszone skowyczącym syntezatorem w utworze Atlantis To Interzone od razu zwróciły na nich uwagę. Na koniec dostajemy jeszcze cover nieco zapomnianej, breakbeatowej grupy Kicks Like A Mule - The Bouncer, który opowiada o tym, jak czasem trudno wejść do klubu, więc nikogo nie powinno aż tak dziwić, że publika na ich koncertach wywija „glowstickami”, a NME kreuje się na nowych mesjaszy brytyjskiej sceny. Sami muzycy, choć dystansują się od etykietki „nu rave”, ochoczo pozują do zdjęć w oldskulowych, jaskrawych ciuchach. Niedawno wydali swój debiutancki album, który jest jeszcze mniej „rave” niż poprzedzające go single. Te za to - zwłaszcza Atlantis To Interzone - uzyskały zaiste kwaśny wymiar w reinterpretacjach takich producentów, jak Crystal Castles czy Digitalism.
Shitdisco
Uwaga!!! Ci panowie znają kung-fu!!! Nie są z Japonii, ale ze Szkocji. Poznali się na studiach w Glasgow School Of Art, a ich pierwszy singiel nazywał się I Know Kung Fu. Wydany pod koniec 2005 roku sprzedał się w tempie błyskawicznym. Porównuje się ich do Talking Heads i The Rapture. Sami muzycy mówią o swojej muzyce „disco-house-punk”. Wśród swoich inspiracji wymieniają Elvisa Presleya, Donnę Summer, Arthura Russela, The Prodigy czy Gang Of Four i The Clash. Nie bez kozery - w swojej twórczości łączą rock’n’rollową żywiołowość, funkowy groove i postpunkowy pazur. Zasłynęli też z organizowania imprez w nietypowych miejscach - nieużywanych tunelach kolejowych czy klubowych toaletach. Jesienią wydali swój drugi singiel - Reactor Party, a w kwietniu ma się ukazać ich pierwszy album - Kingdom Of Fear.
New Young Pony Club
Trzy panie i dwóch panów - jak mówią - mają groupies obojga płci. Zapytana o nazwę formacji jej wokalistka Tahiti Blumer powiedziała, że jako dziecko zawsze chciała być w jakiejś drużynie albo klubie, ale nie była na tyle wysportowana. Stwierdziła więc, że Pony Club to by była dobra i zabawna nazwa dla zespołu. Okazało się jednak, że taka grupa istnieje już w Irlandii, więc nazwa została nieco zmodyfikowana. Muzycy pochodzą - podobnie jak Klaxons - z Londynu; razem z nimi brali zresztą udział w trasie koncertowej NME Indie Rave. Na razie wydali dwa single i sprzedali jeden kawałek do reklamy Intela. W maju ma się ukazać ich pierwszy „długograj”. Ich numerom ton nadaje tłusty, powłóczysty bas, partie syntezatorów i żeński wokal. Raczej pop-punk niż postpunk.
Datarock
To dwóch Norwegów - Fredrik Saroea i Ketil Mosnes. Ten pierwszy zaczynał swoją przygodą z muzyką od thrash metalu, ten drugi jako nastolatek grał z kolei punk rocka. Spotkali się 1997 roku na festiwalu w rodzinnym mieście, Bergen. Wtedy do spółki z Kevinem O’Brienem powołali do życia swój projekt. W niedługim czasie do trio dołączył Tom Mćland, by później wraz z O’Brienem odejść z zespołu. Dwójka muzyków kontynuowała jednak swoją działalność, inspirując się twórczością Devo, Talking Heads czy Happy Mondays. Po wydaniu dwóch singli, nakładem swojego własnego labelu Young Aspiring Professional opublikowali w 2005 roku pierwszy longplay, na którym pobrzmiewają zarówno echa psychodelicznego space rocka (Nightflight To Uranus), jak i klasyków muzyki elektronicznej w rodzaju Kraftwerk (Ugry Primadonna) - wszystko scala pop-rockowy szlif.
Tekst: Michał Nierobisz